Mamy klasyczny internetowy hit sezonu. Uusłyszałem to w sieci, więc to musi być prawda. Otóż nie. Agnieszka Holland niczego takiego nie napisała. Nie obraziła się na mieszkańców Krakowa i nie tropiła agentów Kremla pod Wawelem. Cała ta sprawa to ordynarny i technologicznie bardzo prosty fejk.
Wszystko zaczęło się od jednego wpisu na platformie X, czyli na dawnym Twitterze. Ktoś założył konto, wrzucił zdjęcie reżyserki i napisał - "Siedzimy z Krysią Zachwatowicz-Wajdą i nie możemy uwierzyć w to, co się stało". To brzmi jak idealna pożywka dla internetowych troli, prawda?
Tak się też stało. Wpis wykręcił pół miliona wyświetleń, a w komentarzach wylało się na artystkę wiadro pomyj. Mało tego, w tę pułapkę jak małe dzieci wpadli znani posłowie z zupełnie różnych obozów politycznych, choćby Marcin Józefaciuk czy Przemysław Wipler, którzy uwierzyli, że to autentyczne słowa.
Tymczasem, żeby zdemaskować tego fejka wystarczyło jedno spojrzenie na profil. Owszem, w nagłówku stało Agnieszka Holland, ale tuż pod spodem, małym drukiem, jako nazwa użytkownika widniał nick "Minister Acosta".
Czy Agnieszka Holland zakładałaby konto jako Minister Acosta? Raczej nie. Poza tym sama reżyserka szybko wrzuciła sprostowanie na Facebooka jasno deklarując - "Ludzie, ja w ogóle nie używam Platformy X. To jest fejk".
Wpis pochodził z konta satyrycznego, które po całej awanturze dla świętego spokoju zmieniło nazwę. Mleko się jednak rozlało.
Jaki z tego morał dla nas, Krakowian? Emocje po referendum wciąż parują, a w sieci łatwo o nieuwagę. Zanim więc klikniemy "udostępnij" i zaczniemy pisać sążnisty komentarz, sprawdźmy, czy autorem wpisu jest na pewno ten, za kogo się podaje. Inaczej zamiast walczyć o demokrację, damy się złapać na haczyk zwykłego internetowego żartownisia.