Prawo do zgromadzeń i jego nadużycia
Łupanka przy pomniku Adama Mickiewicza w Krakowie znalazła się na celowniku samorządu. Od wielu miesięcy przy popularnym Adasiu organizowane są – jak mówią autorzy – zgromadzenia publiczne. Codziennie, dzień w dzień, głośna muzyka i pląsający w jej rytm, nierzadko pijani turyści. Miasto rozkładało do tej pory ręce, ale wczoraj podczas jednej z imprez interweniowały służby, a miasto poinformowało, że sprawę bada policja. Jak mamy poukładane prawo o zgromadzeniach publicznych, skoro wystarczy zgłosić zgromadzenie, żeby zorganizować imprezę z nagłośnieniem na Rynku Głównym?
To bardzo trudny temat. W przypadku Krakowa, ale też w innych miejscach w Polsce, mamy przykłady tego, jak z jednej strony chcemy bardzo chronić podstawowe wolności, prawa człowieka i prawa obywatela zapisane w konstytucji. Artykuł 57 mówi, że każdemu w Polsce należy się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń.
Chcemy mieć system, który chroni tę wolność, bo możemy sobie wyobrazić, w jakim niedemokratycznym kraju żylibyśmy, gdybyśmy jej nie mieli. Z drugiej strony widzimy, jak to prawo może być obchodzone.
Mówimy o tym samym trybie prawnym, w którym odbywają się demonstracje czy manifestacje.
Oczywiście. Po to ta wolność została zapisana w konstytucji, że jeśli z czymś się nie zgadzamy – z jakąś polityką, inwestycją – to cały system prawny i policyjny chroni nasze prawo i naszą wolność. Możemy wyjść na ulicę i w bardzo nieformalny, odformalizowany sposób zamanifestować swoje zdanie. Nie musimy czekać na zgodę organów miejskich, powiatowych czy wojewódzkich.
Po to zostało to stworzone, ale niestety przez to, że jest to maksymalnie odformalizowane, zdarzają się patologie. W sytuacji, którą pan opisuje, nie ma to charakteru pokojowego czy politycznego w sensie dotyczącym spraw publicznych.
To jest po prostu potańcówka pod gołym niebem.
Dokładnie. Wyobrażam sobie sytuację, że wiele osób może odformalizowane zasady, które mają chronić naszą wolność jako obywateli, wykorzystywać do innych celów. Pytanie, czy państwo, miasto i sami obywatele są bezbronni i w jaki sposób mogą zadbać o swoje prawa, uszy i mienie.
Cienka granica dla samorządu
Krakowski magistrat przekonuje, że obowiązujące przepisy praktycznie wykluczają ingerencję urzędników w takie wydarzenia i od dawna apeluje o zmiany ustawowe. Podpisałby się pan pod takim apelem? Da się to zrobić z głową, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której władze mogą zakazać demonstracji czy manifestacji?
To jest najtrudniejszy niuans. Bardzo cienka granica. Zgadzam się z tym, że samorządy są najbliżej praktyki, wiedzą, jakie wnioski o zgromadzenia i jakie zgromadzenia odbywają się na ich terenie. Jeśli samorządy – bo to pewnie nie jest tylko kwestia Krakowa – uważają, że to prawo jest skonstruowane wadliwie, powinny rzeczniczyć do rządu i legislatorów, w tym przypadku parlamentarzystów, żeby je zmienić. Absolutnie się pod tym podpisuję, jeśli samorząd uważa, że to źle działa.
Z drugiej strony zasady zakazu czy rozwiązania zgromadzenia publicznego są ustalone. One są. To prawda, że każdy samorząd boi się ich użyć, także przed konsekwencjami sądowymi. Na podstawie prawa do zgromadzeń, artykułu 57 Konstytucji i ustawy z 2015 roku samorząd może wydać decyzję odmowną, może nawet rozwiązać zgromadzenie. Policja może o to poprosić, przedstawiciele gminy także mogą je rozwiązać, ale musi ono na przykład zagrażać zdrowiu czy życiu innych osób albo nie mieć pokojowego charakteru. Ustawodawca nawiązuje więc do najtrudniejszych do osiągnięcia przesłanek.
Teoretycznie taniec jest bardzo pokojowy. To tylko tańczenie.
Bardzo pokojowy, dokładnie. Trudno sobie wyobrazić samorząd, który łatwo po to sięga. Nie chcę powiedzieć, że nie ma odwagi. Zachęcałbym jednak samorząd, że jeśli uważa, iż naprawdę to zgromadzenie nie wyczerpuje znamion pokojowego zgromadzenia, powinien spróbować wydać decyzję odmowną i zobaczyć, jak zachowa się organizator. Samorząd powinien tłumaczyć swoje argumenty przed sądem, bo prawdopodobnie zgłaszający zgromadzenie odwoła się od tej decyzji. Ale to właśnie jest przestrzeń, w której można przed niezależnym sądem wyciągnąć swoje argumenty.
Oczywiście sędzia może zinterpretować to w sposób bardzo bezpieczny: że jest to prawo obywatela do publicznego gromadzenia się. Uważam więc, że samorząd ma obecnie bardzo ograniczone możliwości działania. Powinien monitorować zgromadzenie. Jeśli następują tam naruszenia porządku publicznego, powinna interweniować policja i straż miejska. Jeśli dochodzi do niszczenia mienia, samorząd powinien korzystać ze swoich uprawnień kontaktu z przewodniczącym zgromadzenia i wyciągać konsekwencje.
Jeśli samorząd czuje, że ma silne argumenty i że jest to rodzaj patologii w korzystaniu z tego prawa, powinien wydać decyzję odmowną i argumentować przed sądem. Może się okazać, że sąd nie dopatrzy się tutaj naruszenia.
To brzmi tak, jakby ścieżka jednak była: niezawisły sąd miałby rozstrzygnąć spór między samorządem a obywatelami.
Oczywiście, chociaż jest to na pewno ryzykowne dla samorządu. W przykładzie warszawskim, o którym mówiłem, chodziło o głośne i trudne zgromadzenia publiczne, bardzo uciążliwe dla lokalnej społeczności. Ani samorząd, ani policja nie dopatrywały się argumentów, że może to naruszać czyjeś zdrowie, nawet jeśli były tam ogromne syreny powodujące, że ludzie nie mogli spać w domach przez wiele dni pod rząd.
To trudna decyzja. Możliwe, że sąd okręgowy nie przyznałby racji samorządowi, ale to zależy od tego, jakie argumenty ma się w ręce i czy naprawdę jest to sytuacja, którą można wprost określić jako nadużycie prawa. Artykuł 57 jest bardzo ważnym prawem obywatela i nie powinniśmy dopuszczać do sytuacji, w której organ władzy publicznej, samorządowej czy krajowej uniemożliwia obywatelom pokojowe gromadzenie się.
Polityka, zgromadzenia i mowa nienawiści
Jest też aspekt polityczny. Tajemnicą poliszynela w Krakowie jest to, że te imprezy organizują środowiska quasi narodowe i podczas tych wydarzeń przemycane są hasła antyukraińskie, antyimigranckie. Po polskich miastach chodzą przebrani za policjantów członkowie narodowych bojówek Straży Kamrackiej, również korzystając z praw do zgromadzeń. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia i narastające brutalne nastroje społeczne, czy władze i służby nie powinny bardziej stanowczo traktować tak nacechowanych politycznie wydarzeń? Gdzie kończy się możliwość ingerencji państwa, a gdzie zaczyna wolność obywatelska?
Powiem przewrotnie: jeśli to zgromadzenie ma elementy polityki, rozmowy o polityce, to wręcz powinniśmy być jeszcze bardziej ostrożni albo zrobić krok wstecz. Dlaczego? Bo właśnie dotyka to istoty artykułu 57 Konstytucji. Szczególnie powinniśmy uważać, żeby ruchy samorządu nie były traktowane jako rodzaj cenzury politycznej.
Obywatele, partie polityczne i ruchy, które chcą rozmawiać o sprawach publicznych – niezależnie czy z lewa, prawa czy centrum – mają prawo publicznie wyrażać swoje poglądy. Oczywiście nie kłóci się to z tym, żeby sprawdzać, czy nie narusza to innych praw, na przykład ochrony przed samosądem, zakazu podszywania się pod funkcjonariuszy publicznych czy mowy nienawiści względem innych narodów.
Prawo zgromadzeń nie oznacza, że państwo i funkcjonariusze państwa nie powinni przestrzegać innych praw i zwracać uwagi, czy na takich zgromadzeniach nie dochodzi na przykład do mowy nienawiści. Wtedy państwo czy pojedynczy obywatele mają prawo dochodzić swoich praw.
W przypadku krakowskim jest jeszcze ciekawa inna perspektywa. Mówimy o działaniach samorządu, a ja zachęcałbym, żeby sami mieszkańcy, którym przeszkadza ten temat, spróbowali dochodzić swoich praw.
Obywatelskością w obywatelskość
W sądzie czy na przykład organizując kontrmanifestacje?
Mogą to być bardzo różne narzędzia. W warszawskim przykładzie mieszkańcy uruchomili wiele dziennikarskich historii i rzecznictwa, pokazując, jak te wydarzenia i protest niszczą ich życie. To są działania rzecznicze.
Wyobrażam sobie, że zorganizowana grupa mieszkańców, tym bardziej jeśli to jest jakiś polityczny ruch, mogłaby spróbować zwrócić się do samego przewodniczącego zgromadzenia i pokazać, w jaki sposób narusza ono ich życie.
Czyli obywatelskością w obywatelskość?
Dokładnie. Na tym też polega równowaga. Trzecim narzędziem są narzędzia prawne. Jeśli ktoś czuje, że przez emisje związane z hałasem obniża się jakość jego życia albo czuje się zagrożony, jeśli indywidualne osoby podczas zgromadzenia naruszają prawo, blokują przejście czy niszczą mienie, warto wykorzystać wszystkie narzędzia prawne.
Tak samo jak organizatorzy tego zgromadzenia wykorzystują narzędzia prawne, inni obywatele również mogą zajrzeć do konstytucji i swoich praw, skorzystać z nich i je wyegzekwować. Jeśli uważają, że przewodniczący zgromadzenia nie dopilnował zasad nałożonych na niego przez ustawę – czyli zapewnienia minimalizowania ryzyk, zagrożenia dla życia, zdrowia czy niszczenia mienia – powinni wykorzystać swoje prawa i pójść z tym do sądu. Informacje o tym, kto jest przewodniczącym zgromadzenia, są publicznie dostępne. To jedna z ważnych zasad.