Na początku wyobraźmy sobie, że wchodzimy do internetu z małym kłóciem w boku, a wychodzimy z diagnozą, że nasze organy trawi kosmiczny pył, a jedynym ratunkiem jest woda modyfikowana genetycznie i drogie kapsułki z pancerzyków kryla arktycznego, polecane przez influencerkę w piżamie.
To nie jest żart. Z danych Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu wynika, że w nieco ponad rok temat medycznej bzdury przewinął się w mediach ponad 32 tysiące razy, docierając do milionów odbiorców.
Skąd ten szał? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nauka jest nudna jak flaki z olejem. Kiedy idziesz do lekarza, ten mówi, że proces leczenia będzie długi, złożony, zbadamy krew, zmienimy dietę, a efektów gwarantować nie mogę.
Teraz posłuchajcie influencera. "Lekarze przed tobą to ukrywają. Wypiłem tę magiczną miksturę i w trzy dni rak zniknął, a portfel spłuchł od szczęścia". Jasne, że wybierzemy tę drugą opcję, bo człowiek przyparty do muru i szukający ratunku, kupi każdą nadzieję.
Co więcej, ci pseudomedyczni magowie świetnie grają na naszych emocjach. Nie dość, że sprzedają cudowne suplementy, to jeszcze dają poczucie wspólnoty, bo tam nikt cię nie ocenia, tam wszyscy razem walczą z systemem. Potem nagle okazuje się, że ta cudowna woda na stawy płynnie łączy się z teoriami spiskowymi o płaskiej ziemi i kosmicznych jaszczurkach.
Główny Inspektorat Sanitarny słusznie zauważa, że urzędnicy mają pod górkę, bo zanim zweryfikują fakty i podeprą się paragrafem, influencer nagra 10 filmików z podkładem muzycznym z modnego trendu.
Pamiętajcie jednak, czujność to podstawa. Jeśli coś brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, najpewniej jest po prostu drogie i bezużyteczne. Zostawcie TikToka algorytmom tańczącym, a zdrowie zostawcie tym, którzy na studiach pili kawę nad grubymi książkami anatomii, a nie nad filtrami do stories.