Dziesięć dni, które opowiadają historię Europy
Książka „Dziesięć dni Europy” to dziesięć reportaży, po jednym na każdą z dekad XX wieku. Wszystko rozpoczyna się wielką fetą związaną z 60-leciem panowania Franciszka Józefa. Potem mamy Ypres, mamy „Operę za trzy grosze”... Dochodzimy do lat 80., do podziemnej Warszawy z Edwardem Dwurnikiem w roli głównej, i wreszcie do oblężonego Sarajewa w latach 90. Czy czas, który upłynął od pierwszego wydania książki, nie naświetlił inaczej wydarzeń XX wieku? Czy nie należałoby w kolejnym wydaniu „Dziesięciu dni Europy” czegoś zmienić, pokazać innych wydarzeń ważnych dla poszczególnych dekad?
Oczywiście można byłoby. Europa produkuje dużo więcej historii niż jesteśmy w stanie przetrawić. Można by więc takich „Dziesięć dni Europy” napisać całą bibliotekę. Inny autor pewnie wybrałby inne dziesięć dni. Ja sam dzisiaj może zwróciłbym uwagę na coś innego, ale te dziesięć wydarzeń europejskich, które wybrałem, układa mi się w pewną całość.
To historia o tym, jak Europa się rozpadła i zarzynała, a potem odbudowała i próbowała skleić.
Kiedy pisałem tę książkę, kiedy ona się ukazała, był początek naszego tysiąclecia. Wymowa książki była wtedy właściwie optymistyczna. Wyciągnęliśmy się za włosy z tego dwudziestowiecznego koszmaru i teraz powinno już być dobrze. Nie jest. Dlatego posłowie, które napisałem, skupia się na niektórych przykładach tego, co nam się nie udało, ale także na ludziach, którzy mimo wszystko próbują robić swoje. Myślę tutaj zwłaszcza o fragmencie dotyczącym Mediolanu i ośrodka pomocy dla uchodźców.
Myślę więc, że Europa nadal ma szansę. Rzeczywiście produkuje największe problemy współczesności, ale także rozwiązania tych problemów. I w tej dynamice jest miejsce na nadzieję. Mam nadzieję, że moja książka trochę to pokazuje.
Dlaczego w książce zabrakło osobnego rozdziału o Zagładzie?
Czy wobec wojny w Ukrainie, wobec tego, co wydarzyło się w Buczy, nie pojawiła się pokusa, żeby zastąpić oblężenie Leningradu innym wydarzeniem z lat 40.?
Należało dekadę lat 40. skupić wokół Zagłady, bo to było najważniejsze wydarzenie nie tylko lat 40., ale XX wieku, a być może całej historii ludzkości. Ale ja o Zagładzie nie potrafię pisać. Napisałem bardzo dużą książkę o ludobójstwach w ujęciu porównawczym, w której piszę o mechanizmach, które doprowadziły do Zagłady, i o jej konsekwencjach. O samej Zagładzie właściwie tam nie ma. Nie potrafię.
Cytuję zresztą bardzo mądre zdanie Wittgensteina, który powiedział, że o tym, o czym nie potrafi się mówić, należy milczeć. Mamy mnóstwo przykładów odwrotnych działań – ludzi, którzy mówią o tym, o czym mówić nie potrafią. Ja nie chciałem.
A na Leningradzie mi zależało. Po pierwsze dlatego, że oblężenie Leningradu jest zapomniane, zepchnięte gdzieś na margines europejskiej pamięci, podobnie jak sam Leningrad. Petersburg jest zepchnięty na margines naszego wyobrażenia o Europie. To też jest Europa. To też jesteśmy my. Nie musimy lubić, ale rozpoznajemy się w tych twarzach, domach i ulicach. Dlatego mi na tym zależało.
Ta książka jest też trochę o rzeczach nieoczywistych. Choćby o paradzie z okazji 60-lecia wstąpienia Najjaśniejszego Pana na tron. W Krakowie oczywiście nie trzeba tłumaczyć, co to znaczy.
Oczywiście, Franciszek Józef i jego portrety w wielu domach...
Tak, tak. On potem panował jeszcze przez pięć lat. To był koniec tego niesamowitego, długiego XIX wieku, który zaczyna się rewolucją francuską, a kończy pierwszą wojną światową.
Pamiętam, jak zbierałem materiały i zdumiałem się, że w muzeum kapeluszy z czasów Habsburgów były niezwykle ozdobne trójkątne nakrycia głowy, które nosili generałowie. Żaden generał dzisiaj nie chce się odróżniać, bo snajper go namierzy. A to były czasy, kiedy snajper jeszcze tak daleko nie strzelał. Generał siedział na koniu i wydawał rozkazy. Wojsko musiało widzieć, że generał jest z nim. Oczywiście za liniami, ale jest. Teraz żaden generał się nie pokaże.
To był więc ostatni akord XIX wieku. Podobnie jak narody składające hołd monarsze. To również jest z XIX wieku. Ale gigantyczna awantura, jaka wybuchła w związku z tą paradą! Sekretarz komitetu organizacyjnego uciekł z kasą. Ukraińcy się obrazili, że jest za dużo Polaków. Włosi powiedzieli, że w ogóle nie życzą sobie tutaj, w Wiedniu, defilować. Cały ten rozkoszny XIX wiek właśnie się sypie i właściwie zapowiada następną dekadę.
To nie było zamierzone. Dopiero później zorientowałem się, że są takie wątki, które przenikają się z dekady na dekadę. Bo kiedy przez Wiedeń przechodziła ta wspaniała parada, bruki szlifował nieudany malarz Adolf Hitler, który później, podczas bitwy pod Ypres, będzie gefreiterem w cesarskiej armii. W latach 20. będzie obiektem satyry Bertolta Brechta. W latach 30. zacznie brać Europę za pysk. W latach 40. między innymi będzie głodził Leningrad, a później, dzięki Bogu, uwolnimy się od niego. Ale miejsca nadal żyją.
Książka zaczyna się w Wiedniu po tym, jak Bośnia stała się częścią imperium. Był taki okres, kiedy Sarajewo i Kraków należały do tego samego państwa. A kończy się w Sarajewie. Dla mnie to jest taka klamra. Nie była zaplanowana, po prostu wyszła w trakcie pracy. Myślę, że dowolny inny dobór wydarzeń również pozwoliłby odkryć połączenia i związki. Jesteśmy bardzo ciasno utkanym kontynentem. Europa jest mała.
Kiedy spojrzymy na mapę świata, zwłaszcza jeśli nie będzie ona wykonana w projekcji Mercatora, od której świat teraz odchodzi, a która wyolbrzymia zarówno rozmiar Europy, jak i jej centralne położenie, zobaczymy, że jesteśmy małym kontynentem, gdzie właściwie wszystko ze wszystkim się wiąże. I o tym też jest ta książka. O takich związkach, również patologicznych, chorych związkach, które łączą nas, Europejczyków, między dekadami i ponad granicami.
Za moment powrócę do kilku z tych reportaży, ale chciałbym jeszcze zatrzymać się przy pewnej nieobecności. Pisze pan o tym we wstępie – przy nieobecności Holokaustu. Najważniejsze wydarzenie XX wieku, a jednak pominięte w książce.
Ja nie potrafię o tym pisać. Mój syn, który jest genealogiem amatorem, zebrał kiedyś drzewo genealogiczne naszej rodziny. Ogromne, wielkie, bujne. A potem zaznaczył, kto z tej rodziny żył w 1945 roku. I to była krucha, cieniutka gałązka. Być może w jakimś przyszłym wydaniu mógłbym to wstawić zamiast rozdziału o Zagładzie i zamiast wyjaśnienia, dlaczego nie potrafię o tym mówić.
Berlin lat 20. Wolność sztuki i zapowiedź nadchodzącej katastrofy
Wróćmy więc do tego, co jest w „Dziesięciu dniach Europy”. Niektóre rzeczy są zaskakujące, choćby lata 20. i Berlin pokazany poprzez „Operę za trzy grosze” Brechta.
Dlatego że Berlin, zanim stał się synonimem zła absolutnego, był czymś zupełnie innym. Dzisiaj pierwsze skojarzenie z Berlinem to łopoczące flagi ze swastyką i tłumy podnoszące ręce w hitlerowskim pozdrowieniu. A w latach 20. Berlin był światową stolicą kultury. To był Nowy Jork do sześcianu. Tam wszystko było możliwe, wszystko się działo i miasto żyło kulturą jeszcze bardziej niż polityką.
Dlatego właśnie premiera „Opery za trzy grosze”, ze wszystkimi jej dramatycznymi powikłaniami. Ta obrazoburcza i rewolucyjna sztuka, gdyby nie znalazła bogatego sponsora, nigdy nie trafiłaby na scenę. Cały ten rozbuchany rozkwit kultury odbywał się w społeczeństwie, w którym osoby LGBT po raz pierwszy zaczynały funkcjonować, gdzie toczyły się debaty o tym, co wolno sztuce.
To były debaty, w porównaniu z którymi polskie dyskusje o tym, czy przedstawienie Matki Boskiej w tęczowej aureoli jest bluźniercze, czy nie, wyglądają zupełnie inaczej. Grosz rysował tam ukrzyżowanego Chrystusa z założoną maską gazową i podpisem: „Zamknąć mordę i służyć dalej”. Dostał proces o obrazę religii, a sędzia powiedział, że sąd nie jest od tego, żeby decydować, co artyście wolno.
Mamy więc zapowiedź tych wszystkich spraw, z którymi zmagamy się sto lat później. Niekoniecznie mądrzej niż Berlińczycy w latach 20. To też pokazuje ciągłość. Znaczenie pewnych kwestii, jak choćby wolność sztuki, nie polega na tym, że zmagamy się z nimi tak długo, aż znajdziemy rozwiązanie. Tylko na tym, że rozwiązania nie ma. A zmaganie się z nimi jest tym, co inni nazywają kulturą. Dlatego ten Berlin jest dla mnie tak fascynujący.
Ale w tych reportażach zawsze starałem się też znaleźć ludzi, którzy byli świadkami opisywanych wydarzeń. Pisałem książkę pod koniec XX wieku. Oczywiście nie było już świadków parady w Wiedniu ani uczestników bitwy pod Ypres. W obu przypadkach odwoływałem się do historyków i artystów.
Znalazłem jednak panią Inge Deutschkron, berlińską Żydówkę, która zresztą ukrywała się w Berlinie podczas wojny. Jako dziecko pamiętała tamten Berlin i nadchodzącą grozę. Opowiedziała mi coś, co wydało mi się strasznie ważne i do czego później wielokrotnie wracałem w myślach i w pisaniu. Otóż jakiś jej krewny był urzędnikiem w niemieckim urzędzie i jak normalny niemiecki urzędnik prowadził bardzo zdyscyplinowany tryb życia. W południe robił sobie przerwę obiadową, a potem szedł do parku, siadał na ławce i karmił ptaszki. Robił to przez ostatnie, nie wiem, 40 lat. Któregoś dnia na ławkach w parku pojawiły się napisy: „Nur für Juden”, „Nur für Deutsche”. On usiadł na swojej ławce, w ogóle nie zwracając na to uwagi, tak jak robił od 40 lat. Przechodziła jakaś pani, która go znała, i powiedziała: „O, proszę pana, pan się pomylił. To nie jest wasza ławka. Wasza ławka jest tam obok”.
Gdyby ktoś powiedział tej pani, że właśnie uruchomiła pociągi do Auschwitz, to najpierw oczywiście nie rozumiałaby, o czym mówi, a potem pewnie strasznie by się oburzyła. Bo jej chodziło tylko o to, żeby przestrzegać przepisów. Gdyby ten krewny pani Deutschkron upuścił papierek na ziemię, też pewnie powiedziałaby: „O, coś panu wypadło”. Ale częścią nieszczęścia Europy, nieszczęścia świata jest to, że miłe starsze panie uważają, że skoro przepisy są, to należy ich przestrzegać. Jeżeli przepisy mówią, że Żydzi nie są ludźmi, to tego też należy przestrzegać, bo to są przepisy.
Pierwszy raz zostaliśmy z tym skonfrontowani w sposób tak kategoryczny podczas Zagłady. Ale to wraca. To wraca. Dlatego ten Berlin wydaje mi się taki ważny.
Edward Dwurnik i podziemna Warszawa. Czy artysta musi wybierać stronę?
To jest spojrzenie na Berlin poprzez artystę. W przedostatnim rozdziale mamy też spojrzenie na podziemną Warszawę poprzez Edwarda Dwurnika. Co ma pokazać jego postać? Uwikłanie artystów we władzę? To, że znowu dyskutujemy o estetyce, przykładając do niej miary, których nie powinniśmy przykładać?
Historia Dwurnika jest bardzo prosta. Wielki malarz, ale też wielki chałturnik. On trzaskał obrazy na metry. Ale był wielkim malarzem i jego obrazy znakomicie mieściły się w solidarnościowej krytyce reżimu. Dostał wręcz nagrodę podziemnej Solidarności. Tyle że on był malarzem. Chciał wystawiać, więc wystawiał w reżimowych galeriach.
Solidarność strasznie się na niego obraziła, a on ani nie zabiegał o względy władzy, ani nie chciał być bohaterem podziemia. Chciał malować i chciał, żeby ludzie oglądali jego obrazy. Pomyślałem sobie wtedy, a pisałem to pod koniec lat 90., kiedy polska pamięć o latach 80. nadal była spolaryzowana do bólu zębów, że chciałbym pokazać kogoś, kto nie jest ani taki, ani taki. Nie dlatego, że jest oportunistą czy że się uchyla. Tylko dlatego, że po prostu nie mieści się w tych kategoriach. I może warto krytycznie na te kategorie spojrzeć, a przy okazji przypomnieć znakomitego malarza.
Pamiętam, jaką miałem frajdę, kiedy zaprowadziłem do Dwurnika Zbyszka Bujaka, który był przedstawicielem tej strony, która odsądziła malarza od czci i wiary. A Zbyszek zachwycił się jego rysunkami. Oglądali je, rozmawiali. Nie było tego podziału, który formalnie powinien między nimi istnieć.
Może więc XX wiek uczy nas także tego, że czasem warto wyjść z siebie i stanąć obok. Nie oznacza to zanegowania tego, kim jesteśmy. Nie oznacza kapitulacji wobec tego, co odrzucamy. Oznacza po prostu uznanie, że świat jest większy od naszych kategorii, zwłaszcza świat sztuki. I że warto to uszanować.
Sarajewo, Ratko Mladić i narodowe mity bohaterów
Zostawmy świat sztuki. Ostatni reportaż, pokazujący ostatnią dekadę XX wieku, to oblężenie Sarajewa i spalenie Biblioteki Sarajewskiej. Ciekawe, jak przyjął pan ostatnie informacje, ostatnie wydarzenia – ten honorowy pogrzeb Ratko Mladicia, rzeźnika ze Srebrenicy i Sarajewa. Przyjąłem to tak jak obecność prezydenta Rzeczypospolitej na odsłonięciu pomnika Józefa Kurasia „Ognia”, który po wyzwoleniu najpierw wstąpił do MO, a potem mordował Żydów i Słowaków.
Myślę też o polskiej, zrozumiałej, ale histerycznej reakcji na Banderę i na ten niemądry, ale zrozumiały gest Zełenskiego. Lubimy naszych rzeźników. To jest pułapka, w którą wpadają narody. Ktoś jest bandytą, ale mówi: „Ja jestem tym bandytą dla was. Ja was swoim bandytyzmem bronię”. Strasznie trudno jest mu wtedy odmówić solidarności.
Ratko Mladić, Kuraś, Bandera – osoby z różnych historii. To nie jest to samo. Ale pod jednym względem jest to samo: dobra, bandyta, ale nasz. I będziemy go bronić. Tyle tylko, że tak długo, jak Serbowie będą uważali, że Ratko Mladić to bandyta, ale nasz, nie wyjdą z tej wojny. Stali się więźniami własnej martyrologii.
Byli zbrodniarze po stronie chorwackiej, byli zbrodniarze po stronie bośniackiej. Tak się składa, że dowódcą obrony Srebrenicy, tej, którą Mladić w końcu zdobył i której mieszkańców wymordował, był Naser Orić. To też bardzo interesująca postać, bo zaczynał jako ochroniarz Miloševicia. To pokazuje, jak nieoczywiste są te sploty. Serbowie najpierw chcieli wziąć Srebrenicę głodem. Obrońcy Srebrenicy robili więc wypady z miasta, rabowali żywność, a przy okazji mordowali serbskich chłopów.
Orić został oskarżony o zbrodnie wojenne przez trybunał w Hadze. Kiedy trybunał wystąpił o jego ekstradycję, Orić był wtedy wiceministrem obrony narodowej i bohaterem narodowym. Bośniacy go wydali. Rozmawiałem z nimi. Pytałem: dlaczego? Odpowiedzieli: „Słuchaj, my nie jesteśmy tak dużym narodem, żeby myśleć, że coś tutaj zwojujemy. Jedyna nasza nadzieja to prawo międzynarodowe. Więc oczywiście w obronie Bośni trzeba wydać Oricia”. Orić został ekstradowany do Hagi. Pojechał, został skazany, odsiedział wyrok i wrócił. Jest emerytem i pewnie, kiedy umrze, będzie miał pogrzeb. Nie w Srebrenicy, bo ona jest teraz w serbskiej części Bośni. Przyjdą jego dawni towarzysze broni, rodzina. Ktoś zapłacze, ale tej pompy nie będzie, bo mit został przekłuty.
I bardzo bym życzył Serbom, Polakom, Ukraińcom, Żydom i Palestyńczykom, żeby umieli przekłuć mity swoich bohaterów.