Od razu uspokajam: nikt z nas nie musi pakować walizek, a po krakowskich ulicach nie krążą żadne tajemnicze autobusy bez powrotu. Grafika, która obiegła sieć, to klasyczny produkt sztucznej inteligencji – i to taki zrobiony na kolanie. Niektóre litery w ogóle nie pochodzą z polskiego alfabetu, a sam napis na autobusie jest po angielsku. Prawdziwe arcydzieło cyfrowej fuszerki, które ma po prostu jeden cel: podciąć zaufanie do własnego kraju.
Skąd w ogóle ten szum? Ktoś wziął prawdziwy dokument – rządowe rozporządzenie o ewakuacji i ochronie ludności – i wywrócił je do góry nogami. Zaczęły się teorie spiskowe. Aha, skoro planują ewakuację, to znaczy, że chcą nas wysiedlić i oddać domy obcym.
Drodzy Państwo, to jest czysty absurd. Zróbmy prosty test logiczny. Czy jeśli kupujesz do domu gaśnicę, to znaczy, że planujesz podpalić firanki w salonie? Albo czy zapięcie pasów w aucie oznacza, że za zakrętem zamierzasz wbić się w drzewo? No nie. To jest zwykły zdrowy rozsądek i elementarna przezorność.
Każde odpowiedzialne państwo – od Szwecji, przez Litwę, po Szwajcarię – musi mieć gotowe plany kryzysowe na wypadek powodzi, potężnej awarii chemicznej czy wojny.
I w polskich przepisach czarno na białym zapisano dwie kluczowe rzeczy. Po pierwsze, w razie zagrożenia pierwszeństwo mają najbardziej bezbronni: dzieci, kobiety w ciąży, pacjenci w szpitalach. Po drugie – i to warto głośno przypomnieć autorom tych internetowych bajeczek – prawo mówi wprost, że ostatecznym celem każdej ewakuacji jest zapewnienie bezpiecznego powrotu ludzi do ich domów.
Żadnego biletu w jedną stronę tam nie ma.
Wmawianie ludziom, że musimy wybierać: albo się bronimy, albo uciekamy, to zwykła manipulacja. Armia broni granic, a sprawne procedury chronią cywilów.
Więc jeśli mignie wam gdzieś na ekranie taki dramatyczny wpis o autobusach widmach, nie podawajcie go dalej. Szkoda nerwów i transferu danych.