Świadek wyjaśnił, że w 2019 roku tarnowska kuria otrzymała od biskupa z Ukrainy informacje dotyczące pedofilii księdza Stanisława P. Sprawa została zgłoszona do prokuratury dopiero po roku. Jak tłumaczył ks. Kantor, kuria miała informację, że czyny zostały już zgłoszone organom ścigania na Ukrainie. Wystąpiono także do Watykanu i – jak podkreślał – dopiero po uzyskaniu odpowiedzi przekazano sprawę polskiej prokuraturze.
Prokurator Marcin Stępień pytał, dlaczego zawiadomienie nie zostało złożone niezwłocznie.
– Kwestia wiarygodności badamy też u nas, ponieważ nie wszystko, co przychodzi zza granicy, także spoza obszaru Unii Europejskiej, uznajemy automatycznie za wiarygodne. Dopiero na podstawie zweryfikowanych informacji zgłaszamy sprawę – odpowiadał ks. Kantor.
Prokurator przekonywał jednak, że zawiadomienie zostało złożone dopiero wtedy, gdy sprawy nie dało się już dłużej ukrywać.
– Zwrócą państwo uwagę na korelację publikacji medialnych czy wizyt osób pokrzywdzonych w kurii. To był moment, w którym kuria nie miała już możliwości dłużej tych czynów ukrywać – mówił Marcin Stępień.
Ks. Kantor podkreślał natomiast, że zawiadomienie trafiło do prokuratury w momencie, gdy kuria dysponowała pełną, wiarygodną dokumentacją – w tym przysięgłymi tłumaczeniami zeznań pokrzywdzonych chłopców z Ukrainy oraz informacjami o ich wieku.
Ksiądz Stanisław P. został wydalony ze stanu kapłańskiego. Według ustaleń przez kilkanaście lat pracy w różnych parafiach miał skrzywdzić kilkadziesiąt dzieci, dopuszczając się wobec nich czynów o charakterze seksualnym.
Biskup tarnowski Andrzej Jeż nie przyznaje się do winy. Grozi mu kara do trzech lat pozbawienia wolności.
Ks. Kantor dodał, że kuria posiadała również informację, iż sprawa zachowań księdza Stanisława P. była już zgłoszona przez jednego z pokrzywdzonych do Prokuratury w Opolu w 2010 roku. Postępowanie nie zostało jednak podjęte ze względu na przedawnienie czynów.
Były delegat biskupa podkreślił, że w czasie rozstrzygania spraw ksiądz Stanisław P. przebywał w domu księży emerytów w Tarnowie i nie miał kontaktu z małoletnimi.
Podczas pierwszej rozprawy biskup Jeż twierdził, że to właśnie za zgłoszenie spraw do prokuratury został oskarżony. Jak mówił, gdyby nie doszło do zawiadomienia, nie byłoby obecnego procesu. Dodał również, że korespondencja z Watykanem – także z powodu pandemii – trwała około roku.
Prokurator pytał dziś ks. Kantora, dlaczego nie zgłosił sprawy już w połowie 2019 roku, gdy otrzymał mail od kobiety informującej, że ksiądz Stanisław P. molestował jej kolegów z klasy kilkadziesiąt lat wcześniej, oraz pytającej, czy kuria podejmuje w tej sprawie jakiekolwiek działania.
Ks. Kantor odpowiedział, że dołączył tę wiadomość do zawiadomienia złożonego w sierpniu 2020 roku, czyli ponad rok po jej otrzymaniu. Wyjaśnił, że sam mail lub rozmowa telefoniczna nie mogą być uznane za wiarygodną informację.
– Nie wiemy, kto może podszywać się pod nadawcę. Otrzymywałem wiele wiadomości, które miały sprawdzić, jak reagujemy i jak działamy. Procedury są jasno określone: delegat musi spotkać się z osobą zgłaszającą, przyjąć zgłoszenie, spisać protokół i zapewnić pomoc duszpasterską – mówił.
Jedna z obrończyń biskupa, radca prawny Monika Brzozowska-Pasieka, podkreśliła, że proces jest na początkowym etapie i ferowanie wyroków na tym etapie jest nieuzasadnione. Dodała, że przepisy nie są precyzyjne, a kluczowe dla sądu będzie ustalenie, co w praktyce oznaczają pojęcia „niezwłocznie” oraz „wiarygodna informacja”.
Ks. Robert Kantor zaznaczył również, że – jego zdaniem – biskup tarnowski był jednym z pierwszych w Polsce, którzy zgłaszali sprawy związane z pedofilią duchownych ze swojej diecezji, a Diecezja Tarnowska była pionierem w wyjaśnianiu tego typu przestępstw.