Poprzednie wybory czasów PRLu były kpiną z demokracji, podobnie jak kpiną z demokracji był ówczesny sejm.
Na pierwsze wybory po osiągnięciu przeze mnie pełnoletności poszłam po to, żeby przekreślić całą listę i napisać: Precz z komuną ! Taka manifestacja nie miała jednak żadnego sensu, bo wiedziałam o niej tylko ja i komisja w lokalu wyborczym, więc na kolejne wybory już nie chodziłam. Oczywiście oficjalna frekwencja wynosiła 98,9% uprawnionych, ale miało to tyle wspólnego z rzeczywistością, co idiotyzmy wygłaszane straszliwą polszczyzną przez partyjnych kacyków. Prawdziwą frekwencję sprawdziliśmy licząc wchodzących do lokali w kilkunastu miejscach w centrum Krakowa. Była kilkunastoprocentowa.
Kolejną kpiną z ludzi było referendum z listopada 1987 roku, w którym zadano obywatelom dwa pytania:
1. Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-trzyletni okres szybkich zmian?
1. Czy opowiadasz się za polskim modelem głębokiej demokratyzacji zycia politycznego, której celem jest umocnienie samorządności, rozszerzenie praw obywateli i zwiększenie ich uczestnictwa w rządzeniu krajem?
Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył, że może się cokolwiek zmienić na lepsze. Opozycja wezwała do bojkotu referendum. Tym razem przy wynikach widocznie majstrowano mniej, niż poprzednio, bo z powodu za niskiej frekwencji - jak stwierdziła Centralna Komisja - " wynik referendum nie jest rozstrzygający".
W dniach poprzedzających głosowanie, razem z moim chłopakiem, skutecznie wyczyściliśmy całą dzielnicę z ogłoszeń o referendum i następnie wytapetowaliśmy nimi - od podłogi do sufitu - ubikację w naszym mieszkaniu. Każdy, kto odwiedzał nas po raz pierwszy i wchodził do tego przybytku, dostawał ataku śmiechu.
Kończył się listopad 87r, komuna powoli zdychała, do czerwcowych wyborów zostało półtora roku...
A na zdjęciu kartki na mięso - jak widać z dwóch miesięcy po wyborach, już ostatnie kartki, bo sklepy zapełniły się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.