Dziś letni Kraków niczym się nie różni od innych europejskich miast. Na ulicach słychać wszystkie języki świata, a w miejscach atrakcyjnych widać turystycznie autokary, meleksy i tłumy. Jest gwarno i wesoło.
W upalne dni nawet takie miejsca pustoszeją. Goście odwiedzający Kraków chowają się w - chłodniejszych niż ulica - kościołach, lub kawiarnianych ogródkach. Pusta jest nawet ul. Szeroka, przez którą w inne dni trudno się przecisnąć. Młodzi ludzie, którzy z miłym uśmiechem zaczepiają każdego i zapraszają do restauracji, chowają się do cienia. Zresztą wszystkie miejsca pod parasolami zajęte. Tylko gwaru nie słychać. Ludzie milcząc spoglądają na rozpaloną słońcem ulicę i leniwie piją piwo, albo wodę, w której lód rozpuszcza się po kilku chwilach.
Zniknął zespół grający w jednym z restauracyjnych ogródków, nie słychać " Sunrise, sunset" ze " Skrzypka na dachu", pieśni, która zawsze przypomina o przedwojennych mieszkańcach tej ulicy. Dzieciach, które nie zdążyły dorosnąć, dorosłych, którzy nie zdążyli się zestarzeć.
Z nielicznych meleksów, które w ten upalny dzień znalazły klientów, słychać monotonne nagranie - ten sam tekst po angielsku, niemiecku, włosku, hebrajsku, opisujący zabytki krakowskiego Kazimierza.
Tak będzie do wieczora. Kiedy zrobi się chłodniej, na ulice znów wylegną tłumy, znów zrobi się głośno od wielojęzycznych rozmów. Coraz głośniejszych w miarę wypitego alkoholu. Ktoś się zaśmieje, ktoś pokłóci, ktoś rzuci butelką.
Pamiętacie piosenkę Joe Cockera " Summer in the city" ? O upalnym dniu w mieście, kiedy ma się wszystkiego dość, bo trudno uciec przed gorącem. Ale nadchodzi noc...
"But at night it's a different world
Go out and find a girl
Come on, come on and dance all night..."
I tak wygląda to na Kazimierzu. Kiedy wschodzi słońce, najwytrwalsi imprezowicze wloką się ulicami do hoteli, albo przysypiają na schodach przed Starą Synagogą. Nadchodzi kolejny, upalny dzień.