Dolina Salinas” w reżyserii Jakuba Zalasa spektakl oparty na motywach słynnej powieści Steinbecka „Na wschód od Edenu”, powieści bardzo osobistej, nasyconej filozoficznymi odniesieniami i do chrześcijańskiej myśli św. Augustyna i teorii mistrza Konfucjusza ale nie tylko. Różnych filozoficznych tropów w powieści jest o wiele więcej. Kluczowe będzie tu pojęcie "wolnej woli" i możliwości dokonania indywidualnego wyboru przed którym stoi człowiek, odzwierciedlone w słowie „możesz”, hebrajskim „timszel”. Najogólniej rzecz ujmując „Na wschód od Edenu” to epicka opowieść o odwiecznej walce dobra ze złem, w tym wypadku opartej na biblijnym przekazie o historii Kaina i Abla do postaci których nawiązywać będą powieściowi Kaleb ( w spektaklu Cal ) i Aron synowie Adama Traska. Rywalizacja braci i ich pełne napięcia relacje z ojcem prowadzą do odkrycia skrywanej przez lata przez niego rodzinnej tajemnicy dotyczącej matki chłopców, Cathy.
Z ważnych powieściowych postaci w tarnowskim spektaklu pojawi się jeszcze chiński służący Li - to najważniejszy głos filozoficzny powieści. W przedstawieniu pełnić będzie także rolę narratora, będącego wewnątrz przedstawianego świata jak i jego zewnętrznego obserwatora. Będzie też Samuel, dobry oddany przyjaciel rodziny, powieściowy partner filozoficznych dyskusji z Li, nieobecnych właściwie w spektaklu. Szkoda. Jest jeszcze Abra, pierwsza miłość Arona, jego wyidealizowana narzeczona, która poda pomocną dłoń jego bratu Kalowi, owemu wyklętemu „Kainowi”. Przeciwieństwem Abry jest demoniczna Cathy, matka bliźniaków, która porzuciła dzieci, bo jak sama wyzna „ tak chciała”, „bo mogła”, tak jak mogła zejść na drogę przestępczą.
Że Jakub Zalas sięgnął po wieloznaczną powieść Steinbecka nie dziwi, wszak odwieczny temat walki dobra ze złem zawsze jest atrakcyjny i pokazywać go na scenie można na różne sposoby, korzystając z różnych tekstów czy pisząc na ich podstawie własne, jak w tym przypadku. Konieczne staje się uproszenie fabuły, eliminacja pobocznych choć przecież ważnych dla całości pierwowzoru wątków i szkicowość postaci. Ale to właśnie staje się aktorskim wyzwaniem dla odtwórców ról, którzy z tego szkicu muszą zbudować pełnokrwistych, wyrazistych bohaterów.
Akcja tarnowskiej inscenizacji rozgrywa się tak jak i w powieści Steinbecka w Ameryce w Kalifornii i pokazana zostaje jak podkreślają twórcy „w formie tragedii kowbojskiej – łączącej dramat psychologiczny z symboliką Biblijną w towarzystwie dwóch detektywów - szamanów wykonujących muzykę na żywo ( jednym z nich będzie sam reżyser)”. Ten przymiotnik „kowbojska” ma swoje odzwierciedlenie zarówno w sposobie gry, zachowaniu postaci scenicznych, jak i w scenografii. Trochę dziwi bo przecież żaden z bohaterów nie jest kowbojem. Adam Trask ojciec bliźniaków, bardziej niż farmerem jest marzycielem, który w dolinie Salinas chciał stworzyć swój własny Eden, jego przyjaciel Samuel jest utalentowanym rzemieślnikiem, genialnym wynalazcą- amatorem. Syn Aron chce zostać pastorem, studiuje na Uniwersytecie Stanforda, jedynie syn Cal ma smykałkę do rolnictwa. „Kowbojskość” objawi się także w grze aktorów odwzorowujących utrwalone, bardziej przez film, stereotypowe zachowania amerykańskich kowbojów, gesty, szeroki chód, sposób wysławiania się. Gdy „wypadają” z tej sztucznej kowbojskiej konwencji postaci stają się prawdziwsze a spektakl ciekawszy . Więc może o to chodziło reżyserowi, aby podkreślić ów kontrast między prawdą a fałszem, sztucznością a autentyzmem. Być może, ale chyba nie jest to do końca jasne, wyraziste . Konwencja sprawdza się natomiast wybornie w scenografii, która zdecydowanie podnosi walory inscenizacji. Ogromne wahadłowe wrota rodem z westernowych saloonów, zmieniać będą przestrzeń w której rozgrywają się sceniczne wydarzenia, gigantyczne kaktusy- symbol Kalifornii - wskazują na miejsce akcji a na czas - rok 1917, pomysłowo pokazane początki amerykańskiej motoryzacji. Umieszczone po prawej stronie sceny drzewo poznania dobra i zła przywołuje ogród Adama, chociaż zamiast jabłek wiszą na nim fotografie, które wytrwale robi Abra. W jego cieniu muzycy - szamani budują muzyczny klimat spektaklu. Wszystko podbite fantastyczną grą światłem, kolorami. Obraz wzmocniony zostaje trzema zawieszonymi nad sceną ekranami, na których podglądać będziemy wymarzony Eden Adma albo odbite jak w lutrze sceny odgrywane przez aktorów, raz wyraźniejsze, raz zmazane jak we śnie. Wątki oniryczne, tak ważne w powieści Steinbecka, zostały umiejętnie wplecione także w tarnowski spektakl. To w tym, drugim sennym wymiarze, który udaje rzeczywistość pojawią się wstrząsające sceny spotkania Cathy, teraz właścicielki burdelu z synami Calem a potem Aronem. To najbardziej wyraziste i przejmujące starcie dobra ze złem. Na scenie dzieje się dużo, padają ważne słowa na temat: wolnej woli, dobra i zła, braku miłości, potrzeby akceptacji, strachu przed odrzuceniem, niebezpieczeństwa życia w iluzji zamiast w prawdzie. Mimo pomysłowości razi jednak ów wybór sztucznej kowbojskiej konwencji, do której czujemy dystans, to nie nasz świat. „Dziwi”, publicystyczny wtręt - pokazanie na jednym z ekranów powiększonej gazetowej wzmianki o zamianie kary śmierci na dożywcie za bratobójstwo w Rzeczpospolitej. Niby drobiazg, ale zbędny. Gdy uda się nas, widzów wciągnąć już w dylematy przedstawionego świata na scenie pojawi się Li , bez patosu z lekkim, ale koniecznym dystansem zagrany przez jeszcze studentkę warszawskiej Akademii Teatralnej Katarzynę Łubik, chiński służący ratujący dobrym, mądrym słowem i czynem bohaterów opowieści, spełniający ważną rolę narratora ale i destruktora przedstawionego świata, przypominający raz po raz, że jesteśmy jedynie podglądaczami odgrywanego przedstawienia. Lubię takie zabiegi, teatr to przecież iluzja a mimo to dajemy się wciągnąć znakomicie zagranym scenom konfrontacji Adama, w tej roli umiejętnie niuansujący postać Tadeusz Łomnicki z synem Calem, brawurowo odegranym przez Jędrzeja Hycnara, to bodaj najbardziej wyrazista i najlepsza rola w tym spektaklu. Tu aż kipi od emocji, ale ich apogeum zobaczymy w epizodach z udziałem matki bliźniaków Cathy z aktorskim wyrafinowaniem odtwarzanej przez Matyldę Baczyńską, niedoszłą w Alicją z Krainy Czarów, żyjącą w stworzonym przez siebie złym świecie, ale własnym. Słabiej wypadają aktorskie zmagania Arona w interpretacji Przemysława Płaczka, chociaż w scenach z bratem Calem potrafi pokazać aktorski pazur a kiedy upadnie jego idealny wyobrażony świat wyruszy na wojnę. Nie przekonuje Abra Angeliki Smyrgały i jej przerysowane infantylne zachowanie jako narzeczonej Arona, ale gdy wypadnie z tej roli niedojrzałej panienki stanie się postacią o wiele aktorsko atrakcyjniejszą, głębszą. Samuel Tomasza Piaseckiego, to zwyczajny dobry człowiek i tak zwyczajnie, ciepło zagrany. Scena z przywołaniem historii własnych dzieci jednak przydługa, właściwie zbędna, choć nieźle choreograficznie rozegrana.
Podoba się, bodaj najciekawsze inscenizacyjnie, przeniesienie zła w warstwę oniryczną. Zło jest we śnie, ale wypełza z niego raz po raz i sen staje się rzeczywistością … na razie sceniczną. Bohaterowie pojawią się raz tu, raz tam. Będą musieli wybrać po której stronie chcą pozostać, czy wybiorą dolinę Salinas, życie po jasnej stronie? Ale przecież zawsze może pomieszać im szyki Faye, wymownie gestem i ruchem odegrana przez Martynę Dylong, powieściowa poprzedniczka Cathi i jej ofiara, tu także w roli generującego chaos Królika (z Alicji w Krainie Czarów) i łącznika między dwoma światami dobra i zła.
„Dolina Salinas” Jakuba Zalasa to interesująco stworzone teatralne imaginarium, choć z osłabiającą ważną wymowę spektaklu sztuczną, kowbojską konwencją, przypominającą miejscami manierę amerykańskich filmów nie tylko z czasów początków kinematografii. Gdy zaakceptujemy jednak tę filmową teatralność i denerwujący styl, zdominowany na szczęście przez udane aktorstwo ( mimo koszmarnej mody zabijającej teatr grania z mikroportami ) podparty wciągającą grą scenografii Jakuba Kotyni i światła Klaudyny Schubert wtedy „Dolina Salinas” pokaże swoją wartość.
Jolanta Drużyńska