Jeśli ktoś myśli, że dyplom na ścianie i mieszkanie pod Wawelem to tarcza przeciwko bzdurom, no to mamy kubeł zimnej wody. Raport mówi jasno. Wykształcenie czy adres zamieszkania nie dają nam żadnego immunitetu. Możemy mieć przed nazwiskiem profesor i mimo to wpaść w sieć opowieści o ukrytych elitach sterujących pogodą.
Jak się okazuje, najbardziej odporną grupą na spiskowe narracje są seniorzy. Nasi dziadkowie trzymają fason znacznie lepiej niż 20 i 30-latkowie. To młodzi dorośli najszybciej łykają rewelacje z sieci. Dlaczego? Bo żyjemy w świecie scrollowania. Jeśli informacja wpada nam między jednym a drugim tańczącym kotem na TikToku, a algorytm podsuwa nam tylko to, co chcemy usłyszeć, nasza czujność zasypia. Okazuje się, że stare, dobre czytanie tekstów i sprawdzanie mediów głównego nurtu chroni nas lepiej niż nowoczesna dieta medialna oparta na reelsach.
Najciekawszy jest jednak ten słynny paradoks spiskowy. To taki nasz lokalny polski specjał. Z jednej strony boimy się wszystkiego, co przychodzi z zewnątrz, ale zamiast stać się przez tę nieufność niezależnymi buntownikami, chcemy, żeby państwo nas mocno przytuliło i wszystko za nas załatwiło. To taki spiskowiec socjalny. Boi się świata, ale ufa, że silna instytucja go obroni.
Teorie spiskowe to nie jest solo w operze, to zawsze cały chór. Jak ktoś uwierzy w jedną bajkę, zwykle w pakiecie dostaje kolejne trzy.
Co nas ratuje? Nie dyplom, a konkretna wiedza i święty spokój. Najbardziej odporni są ludzie o umiarkowanych poglądach. Radykałowie z lewa czy z prawa wpadają w te pułapki tak samo często. Więc zamiast kłócić się przy niedzielnym obiedzie, że babcia znów coś zmyśla, lepiej podpytajcie ją, jak ona to robi, że zachowuje taki dystans. Może po prostu rzadziej zagląda na TikToka?
Bądźmy samokrytyczni. Sprawdzanie źródeł to jedyny filtr, który naprawdę działa.