„Nie spodziewałem się, że zmiany pójdą tak daleko”
Jutro przypada rocznica wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć nie były one w pełni demokratyczne, to właśnie one otworzyły drogę do demokracji nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie Środkowej. Spodziewał się pan wtedy, że zostanie posłem, że komunistyczny system tak szybko się załamie, a Polska stanie się wolnym krajem?
Szczerze mówiąc – nie. Jestem optymistą i należałem do ludzi, którzy wierzyli, że trzeba naprawić Rzeczpospolitą, szczególnie w sferze gospodarczej. Nie spodziewałem się jednak, że zmiany zajdą aż tak daleko i tak szybko.
Kiedy wszedłem do Sejmu, byłem właściwie przekonany, że mogę znowu wrócić do więzienia. Myślałem sobie: jeśli oni nie odpuszczą, to wszystko może się skończyć bardzo źle. Ale odpuścili.
„Po strajku w Hucie coś już pękło”
Szczególnie po pierwszej turze wyborów było w środowisku „Solidarności” przekonanie, że wszystko może się jeszcze odwrócić?
Trochę się tego baliśmy. Ale były też sygnały dające nadzieję. Trzeba wrócić do 1988 roku i wielkiego strajku w Hucie. Strajkowaliśmy bardzo ostro przez dwa tygodnie. Formalnie zaczęło się od spraw płacowych, ale tak naprawdę chodziło o „Solidarność”.
Po rozbiciu strajku znów były aresztowania i wyrzucanie ludzi z pracy. Później zorganizowaliśmy strajk włoski, powołaliśmy komitet organizacyjny i zaczęliśmy działać jawnie. Wtedy coś już pękło. Funkcjonariusze SB przestali zachowywać się wobec nas tak agresywnie. Zaczęły się rozmowy, pojawiła się pewna kultura kontaktów.
To były sygnały zmian, ale nic nie było przesądzone. W tym samym czasie na plac Tiananmen w Pekinie wjeżdżały czołgi. Dzisiaj łatwo mówić, że trzeba było mocniej naciskać. W rzeczywistości szliśmy po bardzo kruchym lodzie. Musieliśmy iść naprzód, ale nie mogliśmy przesadzić.
„Wasz prezydent, nasz premier”
A potem wydarzenia zaczęły nabierać tempa.
Tak. Kiedy udało się zdobyć przyczółek w Sejmie, pojawiła się koncepcja: „wasz prezydent, nasz premier”. Skoro Jaruzelski miał zostać prezydentem, chcieliśmy mieć własnego premiera. I tak Tadeusz Mazowiecki stanął na czele rządu.
Potem przyszła pora na reformy. Naszym celem była nie tylko demokratyzacja państwa, ale również zmiana gospodarki. Wiedzieliśmy, że socjalizm prowadzi donikąd.
Pracowałem w komisji zajmującej się ustawami Leszka Balcerowicza. Rozpoczęliśmy ich wdrażanie i wtedy reformy nabrały ogromnego tempa.
„Nagle okazało się, że naszych towarów nikt nie chce”
Początek transformacji był jednak bardzo bolesny.
Oczywiście. Kiedy zaczęliśmy wprowadzać reformy, wiele rzeczy zaczęło się rozsypywać. Nagle trzeba było przejść na normalne zasady rozliczeń. Okazało się, że naszych towarów praktycznie nikt poza nami nie chce kupować. Nawet Związek Radziecki żądał już normalnych płatności.
Rozpadły się więzi kooperacyjne, firmy zaczęły upadać, pojawiło się wysokie bezrobocie. Trzeba było temu przeciwdziałać i budować gospodarkę praktycznie od nowa.
„Po 1991 roku mieliśmy chaos”
Trudna była nie tylko gospodarka, ale także polityka. Po wyborach w 1991 roku Sejm był niezwykle rozdrobniony.
Tak, wtedy nastąpiło pewne przegięcie. W reakcji na wcześniejsze ograniczenia praktycznie każdy mógł założyć własną partię. W efekcie mieliśmy dziesiątki ugrupowań i partyjek.
To pokazało, że liberalizm jest potrzebny, ale musi mieć swoje granice. Potrzebne są reguły, progi wyborcze i pewne wymagania. Inaczej trudno skutecznie rządzić państwem.
„Udało nam się niesamowicie”
Patrząc z perspektywy czasu, uważa pan, że transformacja zakończyła się sukcesem?
Zdecydowanie tak. Nawet ludzie, którym nie powiodło się najlepiej, dostrzegają skalę zmian. Każdy widzi, jak bardzo Polska się zmieniła.
Pamiętam swoją pierwszą podróż do Paryża. Siedziałem w kawiarni, patrzyłem na ludzi, samochody, poziom życia i zastanawiałem się, czy kiedyś będzie tak w Polsce. Dzisiaj siedzę na Plantach w Krakowie i widzę bardzo podobny obraz. A może nawet lepszy.
„Dla nich też był to moment wyboru”
Po kilku latach do władzy wrócili jednak postkomuniści.
Warto pamiętać, że 4 czerwca był przełomem nie tylko dla nas, ludzi „Solidarności”. To była również cezura dla drugiej strony.
Oni stanęli przed wyborem: albo pozostać w okopach komunizmu, albo przejść na stronę demokracji i gospodarki rynkowej. Wielu wybrało tę drugą drogę.
W Sejmie Kontraktowym było sporo osób, które oceniam bardzo wysoko. Mieli wiedzę i doświadczenie, których często nam brakowało. Wielu z nich po prostu zaczęło pracować dla Polski.
„Ministrowie chodzili sprawdzać ceny jajek”
Jak wyglądały pierwsze lata transformacji od środka?
Największym problemem była gospodarka. Od niej zależało wszystko. Wielkie bezrobocie, spadek PKB, ubożenie społeczeństwa – to były naprawdę trudne czasy.
Zaczęliśmy restrukturyzować przedsiębiorstwa, przeprowadzać prywatyzację, przyciągać kapitał zagraniczny. Powoli gospodarka ruszała.
Pamiętam sytuacje, które dziś mogą wydawać się zabawne. Ministrowie chodzili po targowiskach i sprawdzali ceny jajek. Jeśli jajka taniały, to znaczyło, że inflacja zaczyna być pod kontrolą. Dziś zajmują się tym wyspecjalizowane instytucje, ale wtedy wszystko budowaliśmy od podstaw.
„Dziś musimy wrócić do godności i solidarności”
Co jest dziś najważniejszym wyzwaniem dla Polski?
Nie możemy zgubić wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie musimy bardziej patrzeć na ludzi. Siłą tamtych czasów była solidarność i godność człowieka.
To właśnie te wartości powinny dziś wrócić do centrum debaty publicznej. Dziś mamy już co dzielić. Na początku transformacji nie było czego dzielić. Teraz możemy i powinniśmy robić więcej dla ludzi.
Potrzebujemy także większej innowacyjności, współpracy i otwartości. Mówię młodym ludziom: idźcie do Europy, idźcie do świata, współpracujcie z innymi. To są nasze szanse.
„Eurokołchoz? To kompletna brednia”
Tymczasem coraz częściej słychać głosy kwestionujące obecność Polski w Unii Europejskiej.
To wynika przede wszystkim z niewiedzy. Ludzie, którzy mówią o „eurokołchozie” czy porównują Unię Europejską do Związku Radzieckiego, nie pamiętają tamtych czasów.
To porównanie jest całkowicie absurdalne. Ale nie wolno pozostawać biernym. Trzeba rozmawiać, tłumaczyć, przedstawiać argumenty.
W Stowarzyszeniu Sieć Solidarności uznaliśmy, że naszym obowiązkiem jest promowanie obecności Polski w Unii Europejskiej i przeciwstawianie się tendencjom polexitowym. Wystarczy spojrzeć na doświadczenia Wielkiej Brytanii po Brexicie.
„Solidarność zawsze znaczyła razem”
Co dziś najbardziej pana martwi?
Najbardziej boli mnie podział społeczeństwa. Solidarność zawsze oznaczała wspólnotę ludzi bardzo różnych – o różnym wykształceniu, pochodzeniu czy statusie materialnym.
Potrafiliśmy być razem mimo różnic. Dziś to pęknięcie jest bardzo widoczne. A przecież solidarność zawsze znaczyła: razem.
Obchody rocznicy 4 czerwca w Krakowie
Na zakończenie zaprośmy jeszcze na jutrzejsze obchody rocznicowe.
Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich mieszkańców. Czwarty czerwca był momentem przełomowym w historii Polski i Europy. To wtedy wszystko się zaczęło.
O godzinie 10.00 złożymy kwiaty przy ul. Siennej 5, gdzie mieściła się siedziba Małopolskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”.
O 17.00 na Plantach, przy placu Szczepańskim, odbędzie się „Łyk Wolności”. Następnie o 17.45 ruszymy polonezem z Rynku Głównego przez ul. Floriańską pod Barbakan, a później na skwer Andrzeja Wajdy. Będą rozmowy, śpiewanie i wspólne świętowanie.
Cieszmy się wolnością i tym, co udało się osiągnąć. I róbmy wszystko, żeby dalej się udawało.