Nie żal panu, że czas będzie się żegnać z najważniejszym urzędem w mieście? Dokładnie 19 tygodni temu zasiadał pan w tym fotelu. Łezka się w oku nie kręci?
- Nie zasiadam w tym fotelu. Nie zajmowałem gabinetu prezydenta. On został wyremontowany. Nie ma łezki. To było zadanie do wykonania. Jestem przyzwyczajony do finału. Nie ma żalu.
Zadam panu po raz kolejny pytanie, na które już pan kilka razy odpowiadał, ale teraz już tak z perspektywy czasu, już bez żadnej napinki. Czy były jakiekolwiek sygnały z Warszawy od premiera, albo od kogokolwiek innego, że może to jednak pan by został kandydatem Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Krakowa, a nie ktoś inny? Były takie rozmowy, jakiekolwiek sugestie, cokolwiek?
- Nie. Nie było. Było jasne sformułowanie ministra Domańskiego przy prośbie o pełnienie funkcji, że nie oznacza to propozycji kandydowania. Mnie to wystarczyło i cześć.
Jak pan ocenia obecną kandydatkę Koalicji Obywatelskiej Monikę Piątkowską? Wczoraj Rafał Komarewicz z klubu Centrum w tym studiu powtórzył za Grzegorzem Stawowym z Koalicji Obywatelskiej stwierdzenie sprzed wielu miesięcy, że to kandydatka przywieziona w teczce z Warszawy. Przy okazji przypomniał też, że niekoniecznie była bardzo lubiana, kiedy w Krakowie rzeczywiście mieszkała i pracowała w magistracie. Jak pan ocenia Monikę Piątkowską?
- Nie dam się nabrać na to pytanie. Nie biorę udziału w kampanii. Nie jestem mieszkańcem Krakowa. Nie do mnie należy ocena kandydata, kandydatki. Wybiorą, kogo wybiorą.
Czy gdyby wygrał Łukasz Gibała w najbliższą niedzielę, to będzie armageddon?
- Jestem przekonany, że miasto jest tak dużą strukturą, że w dwa lata nie da się jej zepsuć. Można wymieniać dyrektorów, kierownictwo. Nie ma jednak zapasowego magistratu w Krakowie. Ci ludzie są fachowcami w swojej dziedzinie. Myślę o wydziałach, spółkach krakowskich. Jak ktoś bardzo będzie chciał zapracować na najgorszą ocenę za dwa lata, będzie mieszał. Myślę, że żaden z kandydatów źle Krakowowi nie życzy. Może inaczej rozumie dobro, ale źle nie życzy miastu.
Mówi pan, że pan się w ogóle nie miesza w kampanię. Jak w takim razie ocenić pana zarządzenie z 30 września o zniżce cen biletów dla studentów z Kartą Krakowską? 365 zł za 365 dni biletu okresowego. To było zarządzenie chwilę po tym, jak ogłosiła to jako swój program Monika Piątkowska.
- Nie. Chwilę przed.
Ale nikt o tym nie wiedział. Wszyscy się dowiedzieli z ust Moniki Piątkowskiej.
- Dwie rzeczy. Po pierwsze pomysł z biletem rozwijał silnie prezydent Miszalski. To nie była nowa rzecz. Były dywagacje, liczenie kosztów. Drugie zdarzenie, które na mnie zrobiło wrażenie to było Kolegium Rektorów Uczelni Krakowskich, na którym dowiedziałem się ze zgrozą, że w Krakowie ubyło 900 tysięcy studentów. Powodem są też koszty życia w Krakowie. Te zapowiedzi pani kandydatki były takie, że mówiła o tym bilecie. Doszedłem do wniosku, że jak nie zrobię tego przed początkiem roku akademickiego i ludzie kupią chociażby półroczny bilet, to się potem wściekną na nas, kiedy ktoś zaproponuje, że można było taniej. To był ukłon w stronę studentów, mieszkańców Krakowa. To symboliczne. To 105 zł w ciągu roku. Symbole jednak są potrzebne. Zależy nam, żeby krakowskie uczelnie nie były zaporowe ekonomicznie. Gesty też się liczą.
Mówi pan, że rozwijał pan pomysł Aleksandra Miszalskiego, a on z tym pomysłem szedł do wyborów. Dwa lata minęły, okazało się, że pieniędzy w kasie miasta nie ma, że nie stać nas, że podwyżki, że ceny biletów trzeba podwyższać, a nie obniżać, bo ponad miliard złotych kosztuje obsługa komunikacji miejskiej w Krakowie, a bilety przynoszą 400 milionów, tak?
- Tak. 400 milionów. Statystyczny pasażer jeździ za 1 zł 16 groszy. W tym miliardzie złotych spłacamy też kredyty MPK na kupno nowego taboru. Koszt samego transportu to połowa tego.
Ale gdyby wliczyć w to nowe tramwaje i inwestycje, to byłoby jeszcze więcej?
- Nie. My wliczamy.
Nie mówię o inwestycjach w tramwaje, mówię o nowych liniach tramwajowych.
- Z Krakowskim Szybkim Tramwajem IV to kolejne dwa miliardy. Infrastruktura nie jest wliczana. Wliczane jest to, co spłaca MPK, paliwo, ludzie i tak dalej.
Jak pan oceni propozycję obojga kandydatów? Pani Monika Piątkowska i Łukasz Gibała zapowiadają, że ceny biletów w Krakowie obniżą.
- Cóż mogę powiedzieć… Jak to się zestawi z zapowiedzią oddłużenia miasta, będzie to dylemat, który natrafi na barierę u skarbnika miasta. On mówi: nie podpiszę, nie zgodzę się, nie dam, bo nie mam. Zaczął aktywnie zarządzać długiem. Spłaciliśmy droższy kredyt tańszym kredytem. To punkt pierwszy dla skarbnika. On będzie stróżem budżetu.
Jaki pan widzi sposób na to, żeby troszkę jeszcze obniżyć to zadłużenie Krakowa? 9 miliardów złotych na miasto, które ma dziewięćset tysięcy mieszkańców, to jest dziesięć tysięcy złotych na mieszkańca. Jesteśmy rekordzistami wśród dużych miast w Polsce.
- Tak, ale bądźmy realistami. W edukacji, komunikacji nie obniżysz. W dostępie do socjalu i świadczeń nie obniżysz. Jedyną metodą jest zwiększanie bazy dochodów, pozyskiwanie inwestorów, którzy płacą tu podatki. Innej drogi nie ma.
Zawsze można ciąć inwestycje
- To droga donikąd. Nie da się ciąć wszystkiego. Są wieloletnie umowy. Ja kwestionowałem tempo budowy metra w Krakowie z tego powodu, ale kolejność musi być taka – pozyskaj pieniądze, potem wydawaj. Inaczej mamy to, co mamy. Trzeba wzmacniać bazę dochodów budżetu miasta. To inwestycje, podatki.
Skoro już pan wspomniał o tym metrze, to jak to jest w końcu? Aleksander Miszalski obiecywał, że w 2030 roku pierwsza łopata będzie. Pan powiedział, że jeśli będzie, to w 2040 roku. Monika Piątkowska mówi, że będzie wcześniej, wtóruje jej Donald Tusk. A Łukasz Gibała mówi, że w ogóle nie wiadomo, czy jest sens budować. No to gdzie jesteśmy? Co z tym metrem?
- Ja myślę, że z metrem jest tak, że trzeba było mieć dużą odwagę, żeby powiedzieć, że ono jest niepotrzebne w Krakowie. Tego typu miasta wszystkie w Europie metro mają i dużo mniejsze też mają.
Jesteśmy największym miastem w UE bez metra.
- Ludzie nie będą tolerowali hałasu tramwajów przez długi czas.
Centrum i tak jest tak zatkane...
- To jasne. Ono musi powstać, ale musi mieć podstawę, czyli dochody z budżetu. Perspektywę lat 40-50 uważam za realną. 2,5 roku starałem się - po czterech latach przygotowywania wcześniejszych - o decyzję środowiskową na trasę Pychowicką i Zwierzyniecką. Wydusiłem ją. To 6,5 roku na odcinek niecałych 7 kilometrów i dwa tuneliki. Metro to inna skala. Złych doradców miał wtedy prezydent.
O opłatę turystyczną chciałbym teraz zapytać. Czy ona jakoś realnie wpłynie na to, jak dużo pieniędzy będzie Kraków miał do wydania? Jak duża to będzie część tego naszego tortu? Drugie pytanie, czy ta opłata powinna wynosić 5, 10, 15, czy 20 złotych?
- Sam pan sobie odpowiedział. Do wydania będzie tyle, jaka będzie opłata. 20 złotych to zaporowa kwota. Krakowski targ to około 10 zł. Pewnie bym zaczął od 8-9 zł. To element sprawiedliwości. Turyści dają dochody w gastronomii, hotelach, przy wynajmie. Miasto po turystach sprząta. Jakiś rodzaj rekompensaty dla miasta powinien być. Dziwię się, że opłata w takich trudach się rodzi. Nie rozumiem oporu. To powinno być od dawna.
To dlaczego nie jest?
- To pytanie nie do mnie, ale do parlamentarzystów. Macie ich w studiu, więc przyduście.
Co pan uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę przez te 19 tygodni? To jednak parę miesięcy było.
- O porażkach niech mówią krytycy. Sukces? Nie przypiszę sobie zakończenia KST IV, ale mam tu swój wkład. Wyremontowane dwa mosty. Remonty skończone w terminie. Podobnie kładka otwarta niedawno. To pewnie jest oceniane jako fajne. Jak mogę mówić o sukcesie, pokazałem, że można w Krakowie rządzić pojedynczo, bez czterech zastępców, że można być sprawczy i że można mieć spokój i nie organizować pracownikom narad wieczornych o północy. Spokój. Pracownicy to doceniają.