Pana stowarzyszenie zaczęło właśnie wielki objazd po Polsce. W planach jest w sumie 400 spotkań z sympatykami. Czy to ma być sposób na poprawienie fatalnych sondaży? Według wczorajszego badania OGB poparcie dla Rozwoju Plus wynosi dokładnie 3,63%.
- To jest pomysł na przypomnienie rocznicy wyboru tej ekipy, która dzisiaj rządzi, a która nie ma czym się chwalić. Mateusz Morawiecki objeżdża Polskę. Będziemy we wszystkich województwach. Przypominamy niedotrzymane obietnice i przedstawiamy nasze plany, co można zrobić, żeby wyjść z dramatycznej sytuacji gospodarczej. Sondaże się wahają między 2% a 7%. Przypomnę, że Rozwój Plus ma około dwóch miesięcy działania za sobą. O sondażach poważnie powiemy koło stycznia, lutego. Teraz to na razie jest wielka niewiadoma. Znaczna część odpowiadających na sondaże, nie wie zbytnio, o co chodzi.
Czy w ogóle w przyszłym roku jeszcze Rozwój Plus będzie istniał? Mateusz Morawiecki wielokrotnie zapowiadał rejestrację partii najpóźniej do 15 października, czyli do wczoraj, a tej partii nie ma. Wczoraj w krakowskim Sokole Jarosław Kaczyński apelował bardzo głośno o listę jednej prawicy. Mówił, że wszystko, co przeszkadza jedności, trzeba odrzucić. Może będzie tak, że państwo się rozeszli, a teraz znowu się państwo zajdą z Prawem i Sprawiedliwością? Czy jest taka możliwość?
- W tej chwili nie ma. Ja sympatycznie odbieram słowa o jedności. One są potrzebne. Zadajmy jednak pytanie politykom PiS – nie mówię o prezesie – dlaczego nie wpadli na to 3 miesiące temu, kiedy zmusili Mateusza Morawieckiego i wielu posłów do opuszczenia partii? Wtedy trzeba było myśleć o jedności. Teraz mleko się wylało. Jedność jest potrzebna i pewnie nastąpi jakiś sojusz. Pewnie po wyborach, ale wszystko jest możliwe.
Na spotkaniu w Krakowie - przedwczoraj bodajże - Mateusz Morawiecki apelował do Konfederacji i Prawa i Sprawiedliwości o zorganizowanie wspólnego marszu przeciwko „niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego przez obecny rząd”. Na czym to niszczenie polega?
- Niszczenie TK to nieważne nominacje sędziów, którzy nie składają ślubowania wobec prezydenta RP. To jest oczywiste.
Pozwoli pan, że przypomnę wypowiedź Lecha Kaczyńskiego z 8 maja 2007 roku. „Sprawa wyboru sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest wyłączną kompetencją Sejmu. Moja rola sprowadza się do odebrania przysięgi”. Minister w Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego Maciej Łapiński precyzował w TVP Info - „pan prezydent nie ma tutaj absolutnie możliwości odmówienia przyjęcia takiego ślubowania”. Jeszcze cytat pana Stanisława Piotrowicza, pana byłego kolegi z ław sejmowych, a teraz sędziego Trybunału, że Konstytucja nie wymaga by ślubowanie od osób wybranych na stanowisko sędziego odbierał prezydent. Troszkę to jest sprzeczne.
- Tak. Taki spór miał miejsce, on trwa do dzisiaj. Dziś słyszymy poważnych prawników, którzy mówią, że ślubowanie w ogóle nie jest ważne w procesie powoływania sędziów TK. Prezydent mówi jasno, że bez jego obecności przy ślubowaniu, nominacje nie są ważne. Spór utknął w miejscu bez wyjścia.
Jeśli teraz pan mówi, że spór utknął w miejscu bez wyjścia, ja może byłbym się w stanie z tym zgodzić. Jednak jest różnica między stwierdzeniem, że spór utknął w miejscu bez wyjścia, a stwierdzeniem, że rząd niszczy Trybunał Konstytucyjny.
- Decyzja o tym, żeby robić te żenujące przedstawienia w sali kolumnowej w Sejmie, to nie jest autonomiczna decyzja marszałka Czarzastego, ale rządzącej koalicji.
Jest to decyzja, która jest efektem decyzji prezydenta Karola Nawrockiego, żeby nie wypełniać swoich konstytucyjnych obowiązków.
- Prawnicy wymyślą każdą interpretację i wszystko uzasadnią. Trzeba na to patrzeć z perspektywy rzeczywistości. Ona jest taka, że prezydent przyjmuje ślubowanie sędziów. Trzeba się tego trzymać.
Cytowałem panu marszałkowi wypowiedź prawnika i przy okazji prezydenta, a do tego chyba najważniejszego członka pana byłej formacji, czyli Prawa i Sprawiedliwości, Lecha Kaczyńskiego, który mówił, że jego obowiązkiem jest przyjęcie tej przysięgi i nie ma tutaj nic do powiedzenia.
- Tu były różne w przeszłości opinie. Dziś sytuacja jest taka, że prezydent nie przyjął ślubowania sędziów. Ich objęcie funkcji nie jest możliwe. Zobaczymy, co dalej. Konieczne jest to, o czym mówi Mateusz Morawiecki, czyli reset. Trzeba zacząć od początku, przeciąć ten węzeł gordyjski wokół wymiaru sprawiedliwości. Plan jest prosty. Może być przyjęty przez obie strony, ale wymaga to nieznacznej zmiany konstytucji.
O wczorajsze weta Karola Nawrockiego chciałbym teraz zapytać. W sumie ma już ich 49, czyli w 15 miesięcy więcej niż Andrzej Duda, Lech Kaczyński i Bronisław Komorowski razem wzięci. Od 2005 do 2025 roku było mniej wet niż od sierpnia 2025 roku do dziś. Wczoraj Karol Nawrocki zawetował m.in. ustawę, która dopasowuje liczbę mandatów parlamentarnych do liczby mieszkańców okręgów. Prezydent stwierdził, że „nie będzie tutaj kuglowania wyborami”. Rozumiem, że chodzi o to, żeby nadal regiony, w których prawica jest silniejsza, były nadreprezentowane? Głos mieszkańca Podkarpacia ma być cenniejszy w przeliczeniu na mandaty, niż mieszkańca Krakowa albo Warszawy?
- Jak znam te przeliczenia, które obowiązują, ilość mandatów zależy od ilości mieszkańców. To jest kwestia depopulacji. W niektórych okręgach ubywa wyborców. Ten stan należy jednak zmieniać po wyborach.
Ale ubywa nieustająco. Państwowa Komisja Wyborcza za państwa rządów już apelowała, żeby to zmienić, było to wiele lat temu. Co to ma wspólnego z kuglowaniem przed wyborami? Jest to zwykłe ujednolicenie, czy doprowadzenie do większej sprawiedliwości wagi głosu.
- Tak powinno się stać po wyborach. Używanie tego w kampanii… Obóz rządzący sobie przeliczył, że gdzieś ma szanse na dwa mandaty więcej, więc muszą być zmiany zrobione przez PKW, rzuca się to w oczy. To rodzaj szwindla. Trzeba z tym poczekać do listopada przyszłego roku i to przeprowadzić. To proste przeliczenie. Od lat różne strony się o to upominają. Nie jest jednak tak, że to znacząco zmieni geografię wyborczą i rozkłady poparcia. To nie jest poważne, żeby to robić rok przed wyborami.
Dlaczego państwo tak nie zrobili, jak państwo rządzili przez osiem lat? Było to zrobić przed wyborami, po wyborach, kiedykolwiek.
- Tak. Należało to zrobić po wyborach w 2015 roku. Zgadzam się.
Już chyba pytałem kiedyś pana o to, bo wiele osób o to pytałem. Czy nie żałuje pan, że klaskał pan na stojąco Trumpowi w Sejmie? Znowu są powody, żeby żałować. Prezydent USA zawarł deal naftowy z Moskwą, cofnął sankcje na paliwa - przynajmniej czasowo - ogranicza działanie wojskowych Starlinków, proponuje odmrożenie rosyjskich aktywów zamrożonych w Europie. Przy okazji jeszcze wypomina Zełeńskiemu, że wiele razy mógł zakończyć wojnę z Putinem, ale tego nie robił. Wczoraj w ogóle powiedział, że nie chce mieć z Zełeńskim nic wspólnego. Za to z Putinem, owszem, chce mieć coś wspólnego. Podoba się panu taka postawa?
- Mnie się oczywiście ten ostatni fragment nie podoba, ale przypomnijmy, że ta walka wyborcza trwa. Zełeński jest atakowany z różnych storn ukraińskiej sceny politycznej. Mer Kijowa oskarża Zełeńskiego o to, że jego ekipa rozkrada pieniądze i odwleka termin wyborów. To poważne oskarżenia.
Termin jakich wyborów, skoro trwa wojna? Pan wie, że się w czasie wojny nie przeprowadza wyborów.
- Oczywiście, ale nie zanosi się na to, żeby ona się mogła skończyć. O tym mówi Trump. Zawieszenie broni na czas wyborów odrzuca strona ukraińska.
Ale to jest nieprawda. Przecież Zełeński proponuje dwumiesięczne zawieszenie broni i wtedy chce przeprowadzić wybory. Mówi to otwartym tekstem.
- Różne rzeczy mówią przywódcy Ukrainy. Trump podobnie. On ma tendencję do chlapania, ale generalnie działa na rzecz powstrzymania wojny i obniżenia cen oleju napędowego.
Przez kupowanie tegoż oleju od Putina. Nie wiem, czy to jest działanie na rzecz zakończenia wojny...
- No tak. Żeby utrzymać swoją większość w obu izbach Kongresu.