Ibsen, który przestaje być XIX-wieczny
"Wróg ludu" w reżyserii Jana Klaty zszedł z afisza po jedenastu latach grania, 136 przedstawieniach i setkach spotkań z publicznością w Polsce i za granicą. Spektakl, oparty na dramacie Henrika Ibsena, przez lata funkcjonował jako jeden z najważniejszych tytułów repertuarowych Starego Teatru. Nigdy nie miał problemu z frekwencją, niezależnie od dnia tygodnia widownia była pełna, a finałowe owacje stawały się niemal rytuałem.
W moim życiu teatralnym rola Stockamnna to jedno z najbardziej spektakularnych, najważniejszych dokonań teatralnych, ale i wyzwań. Nie była to zwykła rola – mówi Juliusz Chrząstowski.
Fabuła "Wroga ludu" jest dobrze znana: doktor Stockmann odkrywa, że woda w uzdrowisku jest zatruta bakteriami. Jego ujawnienie prawdy uruchamia mechanizmy polityczne, ekonomiczne i społeczne, które w efekcie obracają się przeciwko niemu. Bohater, który chciał ratować miasto, staje się jego wrogiem. W 2015 roku, kiedy spektakl miał premierę, tekst Ibsena wyjątkowo mocno rezonował z rzeczywistością Krakowa, w czasie debat o smogu i jakości powietrza. Z biegiem lat kontekst się zmieniał, ale sens dramatu pozostawał aktualny. Pojawiały się nowe odniesienia, bo polityczne napięcia, spory o prawdę i autorytet wiedzy.
Wszystko w pewnym momencie stało się polityką. Jest taki ikoniczny już cytat z monologu doktora Stockmanna: Największym wrogiem prawdy i wolności jest zwarta większość – dodaje.
Monolog, który wymknął się z roli
Najważniejszym elementem spektaklu stał się jednak IV akt, czyli rozbudowany monolog Juliusza Chrząstowskiego. Z czasem zaczął on wykraczać poza ramy dramatu. Reżyser Jan Klata zaproponował odejście od klasycznej inscenizacji. W efekcie monolog Stockmanna został przepisany jako żywa, zmienna wypowiedź, reagująca na bieżące wydarzenia i kontekst miasta, w którym grano spektakl. Na scenie pojawiła się szczególna sytuacja: widzowie nie oglądali już wyłącznie postaci z dramatu, ale także aktora, który mówił tu i teraz.
Doktorancko nazwałem to figurą aktora, która przemawia do widzów, używa wszystkich chwytów retorycznych, jest mówcą, retorem, manipulatorem, trybunem ludu, prowokatorem – podkreśla aktor.
Monolog trwał nawet ponad pół godziny i zmieniał się z każdym spektaklem. Aktor przyznaje, że nigdy nie był to dla niego komfortowy proces, ponieważ wymagał ciągłej aktualizacji, reagowania na rzeczywistość i mierzenia się z nieprzewidywalną reakcją widowni. Spektakl nie pozostawał neutralny. Widzowie reagowali bardzo intensywnie, od owacji po wyjścia z sali, krytykę w mediach społecznościowych i publiczne spory. Teatr osiągał to, co powinien, bo prowokował dyskusję.
Spektakl był grany także poza Polską, m.in. w Chinach i w Petersburgu, w którym to reakcja publiczności była chłodna i powściągliwa. Dopiero później aktorzy dowiedzieli się, że widownia mogła czuć się obserwowana, co wpływało na brak spontanicznych reakcji. W Chinach z kolei spektakl wymagał szczególnej ostrożności w improwizowanych fragmentach monologu. Cenzura i granice tematów były jasno określone, jednak nawet pozornie neutralne odniesienia potrafiły wywołać silne reakcje publiczności, szczególnie gdy dotyczyły wydarzeń historycznych. Spektakl kończył się hasłem, które Juliusz Chrząstowski uważa za szczególnie aktualne: "Najsilniejszy jest ten człowiek, który został całkiem sam". To zdanie pozostaje po zejściu spektaklu z afisza, jako pytanie o cenę prawdy, odpowiedzialność jednostki i granice społecznej presji.