Zdjęcie ilustracyjne/ Fot. Pexels.
Czego dowiesz się z tej rozmowy:
- Prof. Andrzej Matyja uważa, że kolejki do świadczeń zdrowotnych są zjawiskiem nieuniknionym i występują we wszystkich krajach.
- Według niego największym problemem SOR-ów jest napływ pacjentów, którzy powinni korzystać z podstawowej opieki zdrowotnej.
- Polska przeznacza na ochronę zdrowia znacznie mniej środków niż bogatsze państwa, ale oferuje pacjentom dostęp do wielu podobnych metod leczenia.
- Istotnym źródłem problemów są nieodwołane wizyty, które blokują miejsca innym pacjentom.
- Rozmówca opowiada się za większą odpowiedzialnością pacjentów, rozwojem profilaktyki i wprowadzeniem mechanizmów zachęcających do racjonalnego korzystania ze świadczeń.
Posłuchaj rozmowy Rafała Nowaka-Bończy z prof. Andrzejem Matyją.
Kolejki są nieuniknione, ale nie wszystkie wynikają z niewydolności systemu
Prof. Andrzej Matyja przekonuje, że kolejki do świadczeń zdrowotnych są zjawiskiem obecnym we wszystkich systemach ochrony zdrowia i nie świadczą o ich złym funkcjonowaniu. Jego zdaniem średni czas oczekiwania wynoszący około czterech miesięcy należy oceniać przez pryzmat rodzaju świadczenia. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku wizyt planowych, a inaczej wtedy, gdy pacjent wymaga pilnej pomocy.
Rozmówca podkreśla, że najważniejszym kryterium oceny systemu powinien być dostęp do świadczeń w sytuacjach nagłych i zagrażających zdrowiu lub życiu. Dłuższe terminy oczekiwania dotyczą przede wszystkim konsultacji planowych w wybranych specjalizacjach:
Kolejki są nieuniknione i Polska nie jest jedynym miejscem na świecie, gdzie kolejki były, są i będą. Czy czteromiesięczny czas oczekiwania jest długi czy krótki, zależy od rodzaju świadczenia zdrowotnego. Średni czas cztery miesiące absolutnie według mnie nie jest długim okresem oczekiwania na coś, co jest wizytą planową. Najważniejsze jest to, by w sytuacji pilnej potrzeby świadczenie otrzymać szybko.
Szpitalne oddziały ratunkowe są przeciążone pacjentami, którzy nie powinni tam trafiać
Jeden z największych problemów ochrony to przeciążenie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Jak tłumaczy prof. Matyja, większość osób zgłaszających się na SOR nie wymaga pomocy ratunkowej, lecz świadczeń, które powinny być realizowane w podstawowej opiece zdrowotnej.
Błędne wykorzystywanie SOR-ów wydłuża czas oczekiwania wszystkim pacjentom i utrudnia udzielanie pomocy osobom rzeczywiście znajdującym się w stanie zagrożenia życia lub zdrowia.
70–80 procent pacjentów w szpitalnym oddziale ratunkowym nie powinno tam nigdy trafić. Powinni otrzymać świadczenie w ramach podstawowej opieki zdrowotnej. Na SOR trafiają osoby z przeziębieniem czy zatruciem, zajmując miejsce pacjentom, którzy rzeczywiście potrzebują szybkiej pomocy ratującej życie.
Prof. Matyja zwraca uwagę, że porównując systemy ochrony zdrowia, należy brać pod uwagę nie tylko udział wydatków w PKB, ale również realne nakłady przypadające na jednego mieszkańca.Tłumaczy, Polska przeznacza na leczenie znacznie mniej środków niż kraje Europy Zachodniej czy Stany Zjednoczone. Mimo tego polscy pacjenci w wielu przypadkach mają dostęp do podobnych metod leczenia jak pacjenci w znacznie bogatszych krajach.
W Polsce wydatki publiczne na jednego mieszkańca wynoszą około 1600 euro rocznie. W Niemczech to około 9000 euro, a w Stanach Zjednoczonych 15–16 tysięcy. A pacjent, który zachoruje na raka żołądka, będzie leczony podobnie w Polsce, jak i w Stanach Zjednoczonych, mimo wielokrotnie większych nakładów
- wyjaśnia gość Radia Kraków.
Prywatne wydatki pacjentów częściowo odciążają system
Rozmówca przypomina, że znaczną część kosztów ochrony zdrowia Polacy pokrywają samodzielnie. Chodzi nie tylko o prywatne wizyty lekarskie, ale również o badania diagnostyczne, leki czy dodatkowe ubezpieczenia. Prywatne wydatki częściowo zmniejszają presję na publiczny system i skracają kolejki do części świadczeń - uważa profesor:
30 procent środków trafiających do systemu ochrony zdrowia pochodzi bezpośrednio z kieszeni pacjentów. To prywatne wizyty, badania, leki i wiele innych wydatków. Są to ogromne pieniądze, które w pewnym stopniu odciążają środki publiczne.
Kolejny problem: pacjenci, które zapisują się na wizyty, a następnie nie przychodzą i nie informują o rezygnacji. Prof. Matyja uważa, że takie zachowanie powinno wiązać się z konsekwencjami finansowymi. Jego zdaniem nawet niewielkie kary mogłyby ograniczyć skalę zjawiska i poprawić dostępność świadczeń. "Są miliony rocznie nieodwołanych wizyt. Taki pacjent zablokował miejsce komuś innemu, kto być może rzeczywiście potrzebował tej konsultacji. Nieważna jest wysokość kary. Ważna jest jej nieuchronność" - przekonuje ekspert.
Współpłacenie za wizyty mogłoby ograniczyć część niepotrzebnych konsultacji
Prof. Matyja pozytywnie ocenia pomysł symbolicznego współpłacenia za wizyty specjalistyczne. Zastrzega jednak, że rozwiązanie powinno uwzględniać sytuację osób o najniższych dochodach.
Jego zdaniem nawet niewielka opłata mogłaby działać jako psychologiczna bariera ograniczająca część wizyt, które nie są rzeczywiście potrzebne.
Sam fakt konieczności wniesienia nawet niewielkiej opłaty stworzyłby pewną bramkę psychologiczną. Jednocześnie osoby, których na to nie stać, powinny mieć możliwość odzyskania tych pieniędzy za pośrednictwem systemu pomocy społecznej.
Zdaniem rozmówcy dyskusja o ochronie zdrowia zbyt często koncentruje się wyłącznie na finansach. Tymczasem sprawny system wymaga równowagi między finansowaniem, organizacją, kadrami medycznymi i odpowiedzialnością pacjentów.
Prof. Matyja przekonuje, że Polska nadal skupia się przede wszystkim na leczeniu skutków chorób, a nie na zapobieganiu im. Proponuje wprowadzenie mechanizmów zachęcających do wykonywania badań profilaktycznych:
50 procent naszego zdrowia zależy od nas samych, a od systemu ochrony zdrowia tylko 10-15 procent. Dlatego osoby, które wykonują badania profilaktyczne i dbają o zdrowie, powinny być premiowane, na przykład niższą składką zdrowotną.