Protesty są skutkiem wykluczenia czy „wojną kultur”, jak chcą Donald Trump i europejska prawica?
To standardowy, skrajnie prawicowy sposób wyjaśniania rzeczywistości. Migracja służy jako wygodne, czarno-białe, budzące emocje wyjaśnienie bardzo skomplikowanych problemów strukturalnych, z którymi zmaga się Francja. Łatwiej znaleźć kozła ofiarnego i powiedzieć, że wszystkiemu winni są imigranci z Afryki. Wtedy nie trzeba już szukać rozwiązań rzeczywistych problemów. Omijamy je i proponujemy coś, co będzie bezskuteczne: deportowanie migrantów i zamknięcie kraju na migrację. Myślimy, że w ten sposób rozwiążemy problem, a jedynie byśmy go pogłębili.
Czy za rosnącą liczbą protestów stoi sytuacja gospodarcza Europy, a może szerzej – świata? Protesty obserwujemy już nie tylko we Francji, ale też we Włoszech, Belgii, Hiszpanii i Portugalii.
Ostre protesty w Hiszpanii, które doprowadziły do zapowiedzianych na najbliższe miesiące wyborów, były obrazem rosnących kosztów życia. Mieszkania są dla bogatych, a zwykłych ludzi na nie nie stać. To dokładnie ten sam problem, który mamy w Polsce i który bardzo mocno odczuwamy w Krakowie. Centrum pustoszeje, zostają hotele i mieszkania na Airbnb, a mieszkańcy muszą wynosić się na peryferie i nie mogą korzystać ze swojego miasta. To budzi ogromną frustrację. Sam też ją odczuwam. Jeśli połowa pensji musi iść na wynajem mieszkania albo ratę kredytu, to nie jest dobre życie.
Do tego dochodzą drożyzna związana z kryzysem energetycznym wywołanym przez Donalda Trumpa i rosnące rozwarstwienie społeczne. Szczególnie we Francji czy Hiszpanii widać wykluczenie osób niebiałych. Trzeba jednak podkreślić, że nie mówimy tu o migrantach, tylko o drugim czy trzecim pokoleniu. To ludzie urodzeni we Francji, często wnuki lub prawnuki osób, które tam przyjechały. Nie mają już nic wspólnego z Algierią czy innymi dawnymi koloniami Francji, a od pokoleń są marginalizowani. Rozwarstwienie się pogłębia, bogaci stają się coraz bogatsi. W protestach bardzo często uczestniczą młodzi ludzie. Takie wystąpienia mieliśmy nie tylko w Europie. Protesty pokolenia Z odbywały się w Maroku, gdzie niemal doprowadziły do obalenia rządu, a także w Nepalu i na Madagaskarze. W wielu krajach świata młodzi mają już dość.
To samo dzieje się teraz w Albanii i również przybiera przemocowy charakter. Podpalane są budynki, plądrowane sklepy. Nie dzieje się to wyłącznie we Francji, ale właśnie Francja świetnie sprawdza się jako wygodny obrazek do podgrzewania politycznych emocji.
Komu zależy na podgrzewaniu tych emocji?
Przede wszystkim skrajnej prawicy i populistom. We Francji w przyszłym roku odbędą się wybory. Przypuszczam, że zmierzą się w nich Jean-Luc Mélenchon i Marine Le Pen. To kandydaci antysystemowi: z jednej strony skrajna lewica, z drugiej skrajna prawica. U obojga pojawia się również wątek prorosyjski. Uważam jednak, że to przede wszystkim skrajna prawica ma interes w rozgrzewaniu emocji do czerwoności.
Proste, populistyczne odpowiedzi pasują do mediów społecznościowych i współczesnego sposobu odbierania informacji. Problemów jest tak dużo, że trudno nam dostrzec, jak bardzo są skomplikowane i że rzeczywistość nie jest czarno-biała. Sprowadzamy wielosettysięczne protesty w całej Francji do pożaru ratusza w Limoges czy wydarzeń w Lyonie. Złożone wyjaśnienia okazują się zbyt trudne, a proste odpowiedzi służą przede wszystkim populistom i skrajnej prawicy.
Nagrania z zamieszek krążą na wszystkich możliwych platformach internetowych, a prawicowe komentarze pojawiają się praktycznie każdego dnia.
Prawica świetnie opanowała przechwytywanie społecznego gniewu. Mamy autentyczny gniew i strach o przyszłość ludzi w Polsce i całej Europie. Ludzie boją się o byt, nie mają pieniędzy na mieszkanie, prąd, rachunki, życie. W naszym przypadku wojna toczy się tuż za granicą, wokół są też inne konflikty. Świat staje się coraz bardziej niepewny.
Populiści doskonale przechwytują tę niepewność i społeczny gniew. Rosnących kosztów życia, frustracji i lęku przed przyszłością nie da się usunąć z dnia na dzień, jednym krokiem. Populiści wskazują nam jednego wroga i dają iluzję natychmiastowego rozwiązania. Tym wrogiem mogą być migranci, elity albo Bruksela. Zawsze można znaleźć kozła ofiarnego. Stawiają się w roli szeryfów, którzy obronią nas przed migrantami, albo wybawicieli od bardzo trudnych problemów, choć tak naprawdę nie mają pomysłu na ich rozwiązanie. Przejmują jednak władzę i kontrolę nad debatą. W ten sposób radykalizują się debata społeczna i opinia publiczna. Rozmawiamy o emocjach podsycanych przez populistów, zamiast spokojnie szukać rozwiązań.
Rosyjskie media państwowe przedstawiają protesty w Europie Zachodniej jako dowód na nieuchronny zmierzch zachodniej demokracji i liberalnego porządku. Podobne argumenty padają później z ust polityków europejskiej skrajnej prawicy.
Ta narracja służy nie tylko operacjom psychologicznym i dezinformacji na terenie Unii Europejskiej, ale także rosyjskiej propagandzie wewnętrznej. Ma pokazywać, że Rosja jest silniejsza i bogatsza, a Władimir Putin dobrze robi, nie będąc liberalnym przywódcą, bo dzięki temu lepiej kieruje państwem.
Populiści i Rosja niekoniecznie muszą działać razem. Są jednak polscy i francuscy politycy związani z Kremlem. Nie wiem, dlaczego mają możliwość wypowiadania się, skoro osłabiają zaufanie obywateli do własnego państwa. Właśnie na tym bardzo zależy Rosji. Zadaniem dojrzałego społeczeństwa jest oddzielenie realnych wyzwań od politycznego żerowania na lęku.
Czy w otoczeniu prezydenta Emmanuela Macrona są ludzie, którzy wiedzą, jak rozwiązać te problemy? A może trudność polega nie tyle na wprowadzeniu rozwiązań, ile na wytłumaczeniu ich społeczeństwu?
Emmanuela Macrona również oceniam jako polityka populistycznego, który kieruje się raczej chęcią poprawy wyników sondażowych niż rozwiązywaniem realnych problemów. Powiedziałbym, że za jego rządów Francja stanęła w rozwoju. To bardzo czuć.
Francja się dzieli. Tożsamość oparta na ideałach rewolucji francuskiej nie ma wiele wspólnego z codziennym życiem ludzi. Z jednej strony mamy starszych, białych Francuzów, którzy próbują żyć ideą laickości, a jednocześnie wracają do ideału chrześcijańskiej Francji. To już jest wyraźne odejście od ideałów rewolucji.
Z drugiej strony mamy potomków imigrantów, żyjących głównie w dużych miastach, w wielu z nich stanowiących już nawet większość mieszkańców. Podział jest ostry. Szczególnie widać go w szkołach, gdzie ścierają się odmienne wyobrażenia młodych ludzi o Francji: jedni są bliżsi wizji Le Pen, drudzy Mélenchona.
To dwie różne wizje Francji, które dotąd były jakby schowane w zamrażalniku. Nie będzie wojny domowej, ale bardzo ostre rozruchy społeczne pokazują, jak bardzo obie strony są niezadowolone z tego, jak wygląda ich kraj. Macron jest, moim zdaniem, niedojrzałym politykiem, który patrzy raczej na sondaże niż na pracę do wykonania. Tylko przykrył problemy. Obawiam się, że po ewentualnym zwycięstwie jednej z tych dwóch osób wybuchną one ze zdwojoną siłą.