"Widziałam sporo, ale nie wszystko"
Kurator rodzinny jest jednym z tych zawodów, o których istnieniu większość ludzi przypomina sobie dopiero wtedy, gdy w rodzinie wydarzy się coś poważnego. Przemoc, zaniedbanie, uzależnienie, kryzys opiekuńczy, konflikt rodziców albo sygnał, że dziecko może nie być bezpieczne. Wtedy do systemu trafia informacja, a za nią kolejne instytucje. Każda rodzina jest inna, a każda sytuacja może rozwinąć się w nieprzewidywalnym kierunku. Doświadczenie pozwala dostrzegać sygnały ostrzegawcze, przewidywać możliwe scenariusze i planować działania, ale nie daje gwarancji, że nic już człowieka nie zaskoczy.
W przypadku pracy kuratora trudno powiedzieć, że widzieliśmy już wszystko, ponieważ życie jest nieprzewidywalne i nigdy nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak ono się potoczy – mówi Anna Potocka.
Praca kuratora wymaga myślenia nie tylko o tym, co dzieje się w danej chwili. Trzeba brać pod uwagę zarówno scenariusz najbardziej optymistyczny – taki, w którym rodzina otrzyma pomoc, kryzys zostanie zażegnany, a dziecko będzie mogło bezpiecznie dorastać, jak i ten najgorszy. Kurator nie może przewidzieć przyszłości, ale może próbować przewidywać ryzyko. Żadna instytucja nie jest z rodziną przez całą dobę. Kurator przychodzi na określony czas. Policja interweniuje w konkretnym momencie. Szkoła widzi dziecko przez część dnia. MOPS czy inne służby mają własne kompetencje i zakres informacji. Dopiero ich połączenie może dać obraz tego, co naprawdę dzieje się w domu.
Bazujemy na tym, co widzimy, co usłyszymy i jakie informacje otrzymamy od ludzi, z którymi współpracujemy – dodaje.
To właśnie dlatego tak duże znaczenie ma wymiana informacji. Pojedynczy sygnał może być niewystarczający. Kilka pozornie drobnych informacji, które się ze sobą łączą, może już wskazywać na poważny problem. Rolą systemu nie powinno być automatyczne uznawanie każdego podejrzenia za fakt, ale sprawdzenie sytuacji i podjęcie adekwatnych działań.
Co zmieniła "ustawa Kamilka"?
Śmierć ośmioletniego Kamilka z Częstochowy w 2023 roku stała się jednym z najbardziej wstrząsających przykładów sytuacji, w której system ochrony dziecka nie zdołał zapobiec tragedii. Chłopiec był wcześniej przedmiotem zainteresowania służb, a informacje o jego sytuacji nie doprowadziły do skutecznego zabezpieczenia go przed krzywdą. Po jego śmierci pojawiło się pytanie gdzie zawiódł system? W sprawach rodzinnych często uczestniczy wiele instytucji. Każda ma swoje zadania, procedury i ograniczenia. W którymś momencie może zawieść człowiek, informacja może nie dotrzeć na czas, decyzja może zostać podjęta później, niż powinna.
To jest ten czynnik ludzki, który gdzieś, w którymś momencie może zawieść. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co drugi człowiek może zrobić. Chciałabym, by nigdy więcej do tego nie doszło i żebyśmy nie musieli się zastanawiać, jak bardziej uszczelniać system, tylko skupić się na pomaganiu tam, gdzie trzeba – mówi.
Jedną z najważniejszych zmian, które pojawiły się po śmierci Kamilka, były przepisy określane potocznie jako "ustawa Kamilka". Wprowadziły one m.in. obowiązek stosowania standardów ochrony małoletnich w określonych placówkach oraz rozwiązania związane z weryfikacją osób pracujących z dziećmi. Z jednej strony oznaczają one więcej obowiązków formalnych i dokumentacji. Z drugiej zwiększyły czujność instytucji, które mają kontakt z dziećmi.
W potocznym wyobrażeniu kurator kojarzy się przede wszystkim z kontrolą. Jego rola może obejmować również kierowanie rodziny do konkretnych form wsparcia. Jeżeli problemem są relacje rodzinne, potrzebna może być pomoc psychologiczna. W innych przypadkach konsultacja psychiatryczna, lekarska, terapia, szkolenie czy warsztaty dotyczące kompetencji rodzicielskich. Kurator może współpracować ze szkołą, przedszkolem, policją, MOPS-em i asystentem rodziny. Jednym z najbardziej dramatycznych problemów systemu jest brak wystarczającej liczby miejsc w pieczy zastępczej. Nawet jeśli kurator, sąd czy inne służby uznają, że dziecko powinno zostać zabezpieczone poza rodziną biologiczną, pojawia się pytanie: dokąd je zabrać?
To jest ogromny stres dla nas i taka niepewność, co się może wydarzyć – mówi.
Brak miejsca w pieczy zastępczej oznacza konieczność intensyfikowania innych działań: częstszych wizyt, monitorowania sytuacji, kontaktowania się z MOPS-em i sprawdzania dostępnych możliwości. To jednak nie rozwiązuje podstawowego problemu. Jeżeli dziecko jest zagrożone, a bezpieczne miejsce nie jest dostępne, odpowiedzialność osób monitorujących sytuację staje się szczególnie trudna. Kurator może sprawdzić, czy w danym momencie rodzic jest trzeźwy, czy dziecko nie ma obrażeń i czy sytuacja wygląda stabilnie, ale nie może wiedzieć, co wydarzy się kilka godzin później.