W drugim odcinku podcastu „Pięciu Franciszków” metropolita krakowski wraca do dzieciństwa, rodzinnego domu i wspomnień o rodzicach, którzy przeżyli razem 66 lat. Opowiada o zielonym moskwiczu przywiezionym przez ojca z Moskwy, wakacjach spędzanych z rodziną i wierze, która była naturalną częścią codzienności. W rozmowie z Anną Kluz-Łoś zdradza też, jak z biegiem lat zmieniała się jego relacja z ojcem – od dziecięcego respektu ("Pamiętam takie momenty, kiedy na przykład chowałem się do szafy i czekałem, aż tacie minie pierwszy gniew"), po przyjaźń.
Na zdjęciu kard. Ryś z ojcem Franciszkiem - fot. z arch. prywatnego
Czy dom rodzinny to miejsce, czy przede wszystkim ludzie, którzy go tworzą? Kardynał Grzegorz Ryś wraca wspomnieniami na krakowskie Planty, ulicę Pijarską i osiedle Podwawelskie, a także do rodzinnych domów dziadków w Krzywaczce i Łososinie Górnej. Opowiada o codziennym życiu, dziecięcych przygodach i relacjach z rodzicami.
Szczególne miejsce w tej opowieści zajmuje ojciec – Franciszek Ryś. Człowiek wymagający, czasem surowy, ale też niezwykle oddany rodzinie. Kardynał wspomina jego dzieciństwo w ubogim domu, przywiązanie do najbliższych i wiarę, której nie trzeba było tłumaczyć słowami. Wraca również do historii małżeństwa swoich rodziców, którzy mimo różnic charakterów potrafili być razem przez 66 lat.
Podcast Radia Kraków powstał we współpracy z Wydawnictwem św. Stanisława BM i towarzyszy zbliżającej się premierze nowej książki kard. Grzegorza Rysia i Anny Kluz-Łoś. Jej promocja odbędzie się podczas Targów Książki w Krakowie (22-25.10.2026 r.).
Anna Kluz-Łoś: Rodzice księdza kardynała przeżyli razem 66 lat, prawda?
Kard. Grzegorz Ryś: Tak.
To było niezwykłe małżeństwo, jak mówią różni świadkowie ich życia. Tato bardzo pięknie zwracał się do mamy: „Moja pani”. Jak oni dbali o swoją relację? I w jaki świat wprowadzali swoich dwóch synów?
Nie chciałbym wpadać w jakiekolwiek idealizacje, bo ideałem z ich strony było to, że potrafili przeżyć ze sobą te 66 lat. Wcale nie zawsze łatwo.
Mieli różne charaktery. Mama była klasycznym cholerykiem, tata melancholikiem. Kiedy dochodziło między nimi do jakiejś sprzeczki czy, nie daj Boże, wojny, mama potrafiła wykrzyczeć wszystko w ciągu pięciu minut i właściwie to wystarczyło. Z niej schodziło napięcie i nie rozumiała, o co tata ma pretensje.
Natomiast on, jako melancholik, potrafił trzasnąć drzwiami i wyjść. I wtedy pojawiało się pytanie, kiedy wróci. Melancholik potrzebuje trochę czasu, żeby to przetrawić. Nie mówiąc już o tym, że czasami ma pokusę, żeby po dwudziestu latach powiedzieć: „A ty mi wtedy zrobiłaś to i to”. Więc nie zawsze było między nimi prosto.
Myślę jednak, że oprócz tego, że oczywiście kochali się w sposób szalony, a ich miłość zmieniała się, ale też wzrastała – zmieniała się w formach wyrazu, ale wzrastała do samego końca – bardzo poważnie traktowali swoje słowo. Bardzo poważnie traktowali to, że jest to słowo dane przed Bogiem i że jest dane raz na zawsze. Koniec. To było poza jakąkolwiek debatą. Raz na zawsze.
Była więc wierność sobie i wierność temu słowu. Potrafili się przełamywać, przepraszać. I to jest właśnie to. Nie chodzi o to, że zawsze było bezbłędnie i cudownie. Nie. Natomiast zawsze pojawiał się taki moment, granica wzajemnego zagniewania. Koniec. Wracamy, budujemy od nowa.
Bardzo pięknie się uzupełniali. U nas w domu nigdy nie było podziału funkcji na zasadzie, kto co robi. Nie było tak, że ojciec nie ma prawa gotować albo piec. Miał. I bardzo dobrze to robił. Były ciasta, które robił lepiej niż mama.
To dosyć rzadkie, jeśli mówimy o latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Wtedy jednak często panował ścisły podział obowiązków.
Nie, oni naprawdę byli jedno. Nie potrzebowali podpisywać jakiegoś porozumienia, kto co robi i za ile.
Naturalne partnerstwo, naturalny podział obowiązków.
Tak, tak. Myśmy z bratem nie wszystko widzieli, to jasne. [śmiech] Czasami coś podglądaliśmy. Kiedy byliśmy już na tyle dojrzali, że rodzice mogli wyjechać gdzieś bez nas, bardzo chętnie to robili. A myśmy czasami do nich wpadali.
Pamiętam ich wyjazd do Zakopanego. To prehistoria, bo wcześniej właściwie niewiele chodzili po Tatrach. Wybrali się do Zakopanego na wczasy, a my z bratem byliśmy nad jeziorami, gdzieś za Bydgoszczą. Wymyśliliśmy wtedy, chyba dlatego, że ciągnęło nas do rodziców, że wsiądziemy w pociąg. Całą noc jechaliśmy z Bydgoszczy do Zakopanego. Rano, kiedy mama otwierała okno, żeby przewietrzyć pokój w hotelu, zobaczyła nas – dwóch bidoków leżących na ławce, wyczerpanych nocną podróżą. Myślę, że bardzo ich zdumieliśmy tym heroicznym przybyciem.
Potem poszliśmy w Tatry. My mieliśmy jakieś uczciwe sandały, może nawet adidasy. Natomiast mama szła w takich sandałach na korku, bez pięt. Wszyscy mówili jej, że jest szalona, że w takich butach nie wychodzi się w góry. Było tam małżeństwo z Warszawy, które przekonywało, że w góry trzeba mieć odpowiedni ekwipunek. Że tak nie wolno.
A mama w tych sandałkach, w spódnicy, bo nie cierpiała spodni, poszła z nami na Szpiglasową Przełęcz. Do dziś mam przed oczami obraz mamy jak łani, która przelatuje przez te góry. Po prostu nie ma jak zatrzymać tej kobiety. Taka błyskawica.
Rodzice lubili też razem wyjeżdżać. Potem, im byli starsi, tym więcej naszych wakacji upływało głównie na żniwach u babci w Krzywaczce. Więc trochę inaczej.Ale nie bali się też jeździć z nami na wakacje. Są takie wyjazdy, których nie pamiętam. Bardziej pamiętałby je brat, bo miał już wtedy jakieś siedem lat, a ja może dwa i pół. Jeździliśmy na Mazury, nad morze. Właśnie wtedy pierwszy raz w życiu widziałem Stefana Batorego, kiedy pojechaliśmy z rodzicami nad morze. Potem, już w dojrzalszym wieku, jeździliśmy razem nad jeziora i w góry.
Mama ostatni raz poszła z nami na Rysy. Potem już nigdy nie poszła w góry, ponieważ na Rysach się przestraszyła. Między niskimi Rysami a wysokimi jest takie przejście, taka półka. Mama powiedziała, że dość. Nie weszła już na Wysokie Rysy i potem nigdy nie dała się namówić na Tatry.Ale dopóki mogła, chodziła z nami. To było niezwykłe.
Kiedy już jako duszpasterz opowiadałem o tym swoim studentom, mówili, że to niemożliwe, żeby jeździć z rodzicami na wakacje. Że to zupełnie bez sensu, bo przecież trzeba od rodziców odpocząć. A ci, którzy mieli gorzej, mówili, że niewyobrażalne jest dla nich to, żeby ojciec i matka chcieli pojechać z nimi na wakacje. Dla nas to było czymś naturalnym.
Od lewej: Ojciec Święty Leon XIV, kard. Grzegorz Ryś i tata metropolity krakowskiego - Franciszek Ryś. Fot. z arch. prywatnego
Gdyby ksiądz kardynał miał wskazać jakieś słowo, które najlepiej opisywałoby małżeństwo rodziców, to co byłoby jego głównym spoiwem? Czy możemy też powiedzieć, że ksiądz kardynał wychował się w religijnym domu? Czy rodzice byli osobami, dla których sfera sacrum była obecna w codzienności?
Dom był religijny, ale nie było tego na szyldzie. Dla całej naszej czwórki wiara była czymś absolutnie oczywistym. Była jak ubranie, w którym się chodzi i którego zasadniczo się nie zmienia. Natomiast nie było w tym jakiejś ostentacji czy szczególnych form, zwłaszcza narzucanych przez rodziców. Nie.
Myśmy na przykład wspólnie się nie modlili, poza Wigilią. Wtedy zawsze było oczywiste, że przed wieczerzą jest modlitwa, że prowadzi ją ojciec i że mama na końcu zawsze coś po tacie uzupełni, jeszcze coś doda.
Natomiast po prostu widzieliśmy rodziców jako ludzi wierzących. Oboje klękali do modlitwy. Im byli starsi, tym przychodziło im to z większym trudem, ale nigdy nie było tak, żeby nie uklękli. Po prostu było to widać. Było widać ich pasję chodzenia na Eucharystię. I to nas bardziej przekonywało niż to, że coś nam kazali albo coś dla nas organizowali.
Był też taki moment, który pewnie w jakiś sposób określił charakter naszego domu. Byliśmy obaj z bratem jeszcze mali, a rodzice pracowali. Mama pracowała bardzo ciężko jako aptekarka, spędzała też wiele czasu na dyżurach. To jedna z rzeczy, które najbardziej utkwiły mi w pamięci z dzieciństwa: mama jest na dyżurze. Rodzice zorganizowali nam wtedy opiekę siostry ze zgromadzenia służebniczek starowiejskich. My mieszkaliśmy na Pijarskiej, a siostry miały dom na Biskupiej. Zresztą do dzisiaj go mają. Ta siostra, a potem także jej siostra, przychodziły do nas do domu. To wszystko było oczywiste.
Dom był religijny, bo jak miałoby być inaczej? Ale nie było tak, żebyśmy czuli się przez rodziców jakoś sterroryzowani, pouczani czy zdominowani. Nie. To samo przychodziło. Widzieliśmy: tak jest, tak należy, tak trzeba, to jest dobre. Tak żyją mama z tatą.
Pamiętam, że chyba byłem w siódmej albo ósmej klasie. Raczej w siódmej. Na religii ksiądz polecił nam zapytać rodziców, dlaczego nas ochrzcili. I to było bardzo ciekawe. Żebym teraz nie pomylił… Mama odpowiedziała w takim kluczu przekazu rodzinnego: tak żyli jej rodzice i dziadkowie, tak żyje ona i tak chce, żeby żyły jej dzieci. A tata mówił w kategoriach osobistego wyboru, że takie ma przekonanie.
Bardzo ładnie zeszły się tutaj dwie postawy. Pamiętam, że mnie podobała się jedna odpowiedź, a bratu druga. [śmiech].
[...]
Żyjemy w czasach, w których częsta jest nieobecność ojca – zarówno dosłowna, jak i metaforyczna. Czy nie mając dobrych relacji z ojcem, jesteśmy skazani na karykaturalne wyobrażenie Boga Ojca? Jaki obraz Boga ukazywał małemu Grzesiowi jego tato?
Nie wiem, czy pokazywał mi jakiś obraz Boga. Czas na poważne rozmowy przyszedł dużo później. Kiedy szedłem do seminarium, dużo rozmawiałem z ojcem. Natomiast wcześniej, tak jak mówiłem, wszystko było dość naturalne.
Jeśli chodzi o obraz Boga, mam przed oczami ten z Podwawelskiego, z kaplicy świętego Bartłomieja. Na stropie jest tam taki klasyczny Bóg Ojciec, nieco zagniewany, z dużą brodą. Poważny starzec z palcami, o których nigdy nie myślałem, że błogosławią. Raczej wydawało mi się, że grożą. Do dzisiaj mam ten obraz Boga Ojca.
To wymaga potem dużej korekty. Jak widać, nawet relacje z własnym tatą nie potrafią od razu tego przełamać. Kiedy sztuka wejdzie ci w oczy, zostaje. To jest to, o czym mówiono w wielu traktatach o sztuce religijnej: obraz bardzo wiąże wyobraźnię. To prawda.
Czy wasze relacje miały trochę taki charakter jak relacja mistrza i ucznia?
Tak, chociaż pewnie nigdy bym tego tak nie nazwał. Natomiast było w nich też coś, czego nie bałbym się nazwać przyjaźnią. Im dłużej trwała ta relacja, tym bardziej właśnie w takich kategoriach ją postrzegałem. Myślę, że jest taki moment w życiu, kiedy syn odkrywa, że właściwie niczego już nie musi w tych relacjach. Bo w dzieciństwie musi. Ma coś zrobić, bo ojciec mu kazał. A kiedy nie zrobi, to się boi. Pamiętam takie momenty, kiedy na przykład chowałem się do szafy i czekałem, aż tacie minie pierwszy gniew. Takich historii była cała fura. Ale to są relacje dziecka z ojcem. I nigdy nie miałem ani cienia wątpliwości, że ojciec mnie kocha. Natomiast wiadomo, że był wymagający, a kiedy trzeba było – surowy.
[Więcej w podcaście. Zapraszamy do słuchania i oglądania!]
Ten Ryś to postać wręcz ikoniczna. Wszędzie go pełno w mediach, tylko czy na tym realnie polega bycie kardynałem?
E
Ehh
2026-10-15
Ale faktycznie . Wydaje sie, że Rysiek jest bliżej ludzi, że nie odjechał daleko od Podwawelskiego, tyle że jak w życiu.Diabel człowieka kusi,rozprasza, odciąga od spraw,... rozgrywa...
E
Ehh
2026-10-15
Brakuje, żeby księżke wydała Agora albo od razu Axel Springer ...No i śledztwa IPN odnośnie tego Moskwicza z Moskwy....
Radio Kraków informuje,
iż od dnia 25 maja 2018 roku wprowadza aktualizację polityki prywatności i zabezpieczeń w zakresie przetwarzania
danych osobowych. Niniejsza informacja ma na celu zapoznanie osoby korzystające z Portalu Radia Kraków oraz
słuchaczy Radia Kraków ze szczegółami stosowanych przez Radio Kraków technologii oraz z przepisami o ochronie
danych osobowych, obowiązujących od dnia 25 maja 2018 roku. Zapraszamy do zapoznania się z informacjami
zawartymi w Polityce Prywatności.