- Najbardziej brakuje słodkich rzeczy. Trochę tęsknię. Brakuje też chipsów i coli - mówią uczniowie. "W tym momencie najlepiej sprzedają się bułeczki i owoce" - dodaje sprzedawczyni w szkolnym sklepiku.
Wszystkie zmiany musiały zostać wprowadzone wraz z pierwszym dzwonkiem. Sanepid już przeprowadza kontrole w szkołach. Eksperci sprawdzają nie tylko sklepiki, ale także szkolne kuchnie i stołówki, gdzie są przygotowywane i wydawane posiłki. Małopolski sanepid sprawdza, czy placówki z naszego regionu dostosowały się do nowych przepisów dotyczących żywienia w szkołach. Jednak najpierw zamiast karać, specjaliści będą prowadzić akcje edukacyjną.
- Mamy świadomość, że było mało czasu. Chcemy jednak widzieć, że szkoły starają się wprowadzać te zmiany i egzekwować od ajentów sklepików to, żeby oni też przestrzegali rozporządzenia. Konsekwencje będą wyciągane, ale na razie skupiamy się na aspekcie edukacyjnym - mówi Elżbieta Kuras z małopolskiego sanepidu.
"Jeżeli powiedziało się A, trzeba mieć odwagę powiedzieć B" - tak rewolucję żywieniową w polskich szkołach komentuje dyrektor krakowskiego gimnazjum nr 2, dr Gabriela Olszowska. Jej zdaniem, wyrzucenie śmieciowego jedzenia ze szkolnych sklepików to za mało, aby nauczyć dzieci sięgania po zdrowe produkty.
- Powinna być ogromna akcja społeczna, ucząca rodziców, którzy znają te smaki, że dziecko trzeba do smaków wychować. Jak dziecko nie zna smaku kminu rzymskiego to dla niego sałata doprawiona kminem rzymskim będzie obrzydliwa - dodaje Olszowska.
Jak dodaje dyrektor gimnazjum nr 2, dziecko nie może w czasie przerwy między lekcjami opuścić budynku szkoły, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby po lekcjach w pobliskim sklepie kupiło słodycze, czy słone przekąski.
(Teresa Gut/ko)