Później przychodzą mamy z dziećmi w wózkach. Spacerują wolno, przystają spoglądając na rzekę. Są też ojcowie z dziećmi. Oni nie spacerują, ale pędzą na wrotkach, pchając przed sobą podskakujący wózek. Co dziwne, dzieci wyglądają na zadowolone.
Są też emeryci, prowadzą psy, siadają na ławkach czytając gazety, karmią ptaki. Mijają ich, jadący bulwarami do pracy, rowerzyści.
Najbardziej tłoczno jest w okolicach Wawelu i tam tłum jest anonimowy - turyści, wycieczki, spacerowicze. Zupełnie inaczej jest na odcinku od Kazimierza do Dąbia. Tu wszyscy się znają. Tu czas płynie wolniej, jakby bulwary od - żyjącego swoim rytmem Krakowa - dzielił niewidzialny mur.
Właściciele psów zawsze się pozdrawiają, często rozmawiają nawet z nieznajomymi, czasami dalej idą na spacer razem. Podobnie starsi ludzie, którzy przysiadają się do innych. Trochę narzekają, snują wspomnienia, opowiadają o sobie.
Obok płynie sznur rowerzystów i biegaczy. Oni żyją własnym życiem, podobnie jak wędkarze, którzy zajmują brzeg od Mostu Kotlarskiego do stopnia Dąbie. Ci nie rozmawiają, nie czytają i chyba nie łowią. Po prostu są.