Jesteście w Woli Chorzelowskiej, tuż po wygranej w meczu sparingowym z Puszczą Niepołomice 4:0. Nie wiem, na ile śledzisz social media, ale mam wrażenie, że po porażce 3:4 w pierwszym sparingu z Bruk-Betem Termaliką, wśród kibiców na Twitterze zapanowała wielka panika. Z kolei teraz, po zwycięstwie 4:0, nastroje pewnie znów się odwrócą i zapanuje klimat w stylu: „no to teraz Liga Mistrzów”.
Staram się nie śledzić social mediów, szczególnie tych wiślackich, bo tak jak wspomniałeś, panuje tam duża sinusoida nastrojów. Raz idzie to w jedną, raz w drugą stronę, dlatego wolę się od tego odcinać. Oczywiście traktujemy mecze sparingowe jako spotkania, które są do wygrania i każde z nich chcemy rozstrzygnąć na naszą korzyść. Trzeba mieć jednak świadomość, że naprawdę ciężko tutaj pracujemy. Szczerze mówiąc, dawno nie miałem takiego obozu pod względem intensywności treningów. Uważam, że najważniejsze jest to, aby mimo wszystko utrzymywać tę wysoką intensywność także w sparingach, żeby potem dobrze czuć się już w meczach ligowych.
Przed startem przygotowań rozmawiałem z trenerem Mariuszem Jopem, który zapowiadał, że na treningach ta przysłowiowa śruba będzie jeszcze bardziej dokręcona – o jakieś 15-20% w stosunku do pierwszej ligi. Rzeczywiście tak jest? Wydaje mi się, że każdy sparing to dla was jak kolejny, niezwykle ciężki element treningu, bo nogi na tym etapie z pewnością was nie niosą.
Zgadzam się, treningi są cięższe niż te, które mieliśmy w pierwszej lidze, ale trzeba pamiętać, że intensywność gry w Ekstraklasie jest zupełnie inna. Musimy się też trochę przestawić na grę bardziej defensywną. Nie chcę, żeby zabrzmiało to tak, że teraz zaczniemy murować bramkę, bo tak nie będzie – cały czas będziemy prezentować na boisku nasze wiślackie DNA. Musimy jednak położyć nieco większy nacisk na organizację w obronie, ponieważ drużyny w elicie mają większą jakość i są o wiele bardziej bezwzględne w wykorzystywaniu błędów. Dlatego musimy zachować ciągłą koncentrację i pod tym kątem trenujemy. Ten okres przygotowawczy przebiega bardzo owocnie, pracujemy naprawdę mocno i szykujemy się do najbliższego ligowego starcia z GKS-em Katowice.
Patrząc na twoją dotychczasową przygodę z Wisłą, kibice doskonale wiedzą, że rok spędziłeś na wypożyczeniu w Torino, grając w drużynie Primavery. Potem wróciłeś, wskoczyłeś do składu i masz za sobą pierwszy, w pełni seniorski sezon. Czego nauczyłeś się we Włoszech, co na stałe wdrożyłeś do swojej pracy, a z drugiej strony – czego najbardziej z Polski brakowało ci w Italii?
Zacznę od drugiego pytania: brakowało mi przede wszystkim rodziny i przyjaciół. Rodzice przylecieli do mnie zaledwie dwa, może trzy razy, więc na początku było mi z tym dość ciężko. Z czasem jednak się przyzwyczaiłem i myślę, że to trudne doświadczenie bardzo pomogło mi ukształtować się nie tylko jako piłkarz, ale i jako człowiek. Mocno się usamodzielniłem.
Piłkarsko bardzo pomogła mi duża liczba meczów w Primaverze – grałem praktycznie co tydzień po 90 minut, dzięki czemu złapałem odpowiedni rytm, co niesamowicie przyspieszyło mój rozwój. Dodatkowo kładziono tam ogromny nacisk na pracę w siłowni, więc zdołałem odpowiednio obudować się mięśniowo. Jeśli chodzi o detale boiskowe, to zdecydowanie poprawiłem jakość dośrodkowań. Zagrywam piłkę o wiele celniej i w lepsze strefy. Ale tym, co rozwinąłem najbardziej, jest organizacja w defensywie. Przed wyjazdem to był mój mankament, a Włosi zwracali na to kolosalną uwagę i czuję, że zrobiłem na tym polu duży krok do przodu.
Wyjeżdżałeś tam jako młody chłopak. Co na samym początku najbardziej cię zaskoczyło? Jak wyglądało twoje życie? Mieszkałeś sam, czy u włoskiej rodziny?
Wyglądało to w ten sposób, że Torino miało wykupioną część kamienicy w mieście, w której przebywali praktycznie wszyscy młodzi zawodnicy. Drużyna Primavery dzieliła się na graczy powyżej i poniżej 18. roku życia. Ponieważ byłem już pełnoletni, mieszkałem samodzielnie w mieszkaniu z jeszcze jedynym kolegą z drużyny. Z kolei zawodnicy niepełnoletni byli skoszarowani w kampusie pod Turynem, gdzie znajdowali się pod stałą opieką dorosłych. Musiałem nauczyć się żyć na własny rachunek, bo obok nie było rodziców. Tak jak mówiłem, był to jednak świetny czas, z którego wyniosłem wiele nie tylko jako sportowiec, ale po prostu jako człowiek.
Czyli wyjechałeś jako Kubuś, a wróciłeś jako ukształtowany Jakub.
Dokładnie, można tak powiedzieć.
Skąd według ciebie bierze się zainteresowanie twoją osobą ze strony naszych południowych sąsiadów? Wiemy o bardzo konkretnych ofertach z ligi czeskiej, dzięki którym Wisła mogła nieźle zarobić, ale ty z nich zrezygnowałeś. Dlaczego tak się stało i dlaczego w dobie, gdy młodzi uciekają za granicę po kilku dobrych meczach, ty postawiłeś na pozostanie w Krakowie?
To dla mnie trudne pytanie, bo sam do końca nie wiem, z czego wynika aż takie zainteresowanie klubów z Czech. Być może po prostu profilowo pasuję do ich ligi – jestem zawodnikiem wybieganym i grającym na dużej szybkości.
Dlaczego zostałem? Tak jak powtarzałem w wielu wywiadach, na tym etapie absolutnym priorytetem jest dla mnie rozwój. Wziąłem pod uwagę wszystkie dostępne opcje i po namyśle doszedłem do wniosku, że najlepszym miejscem do stawiania kolejnych kroków jest teraz Wisła. Znam tu sztab, znam doskonale ludzi w klubie i po prostu wyśmienicie się tu czuję. Podjąłem taką, a nie inną decyzję.
Zastanawiam się nad rolą wychowanków w obecnej Wiśle. Jeszcze kilka lat temu młodym chłopakom z akademii było znacznie trudniej się tu przebić. Dziś serce rośnie, widząc tylu absolwentów meldujących się w pierwszej drużynie. Rozmawiacie o tym w szatni? Myślę, że stanowisz świetny przykład dla młodszych, że warto uzbroić się w cierpliwość.
Tak, bardzo często poruszamy ten temat, ponieważ nasza grupa młodych wychowanków z pierwszego zespołu jest teraz naprawdę duża. Często ze śmiechem wspominamy czasy Centralnej Ligi Juniorów czy wspólne treningi w kadrach U-17 i U-19. Pomimo upływu lat i naturalnej w futbolu rotacji, ogromna rzesza chłopaków z akademii przeszła tę drogę i dalej walczy o minuty na seniorskich boiskach. To super sprawa. Ponieważ znamy się od tylu lat, czujemy się w swoim towarzystwie fantastycznie, co bezpośrednio przekłada się na świetną atmosferę w szatni.
Tę atmosferę widać między innymi na klubowych vlogach. Oczywiście one powstawały też wcześniej, ale wydaje mi się, że teraz bije z nich niezwykły luz, który przypomina ten z kultowych materiałów z cyklu „Łączy nas piłka”. Złapaliście taką swobodę, że klubowy operator w ogóle was już nie krępuje?
Zdecydowanie. Myślę, że to w dużej mierze zasługa tego, że trzon zespołu nie zmienił się gwałtownie podczas okienka transferowego. Skoro wielu z nas zostało w klubie, utrzymujemy świetny i naturalny kontakt. Wyniki oczywiście też robią robotę. Zrobienie awansu niesamowicie nam pomogło odetchnąć i scalić drużynę – wszyscy jesteśmy po prostu wciąż bardzo szczęśliwi, że w nowym sezonie będziemy rywalizować w Ekstraklasie.
Jak po pierwszych dniach wspólnych treningów oceniasz chłopaków, którzy niedawno do was dołączyli – Marcela Łubika i Maxa Maisonneuve?
Mogę powiedzieć, że w mojej ocenie to trafione wzmocnienia. Zarówno Max, jak i Marcel prezentują wysoką jakość na treningach i wnoszą do zespołu dużo dobrego. Bardzo się cieszę, że są z nami, bo to nie tylko zdolni piłkarze, ale też niezwykle pozytywne osoby.
Na koniec zapytam o twoje indywidualne cele sportowe na nadchodzący, pełny sezon w Ekstraklasie.
Przede wszystkim chcę się rozwijać. Zależy mi na tym, by grać w jak największej liczbie meczów i zbierać cenne doświadczenie w elicie. Temat reprezentacji? Zakładam, że ewentualne powołania będą po prostu naturalnym efektem mojej dobrej postawy, więc w tej chwili o tym nie myślę. Skupiam się na lidze – chcę łapać jak najwięcej minut i prezentować się na Ekstraklasowych boiskach z jak najlepszej strony.