Tamten, zapamiętany z czasów PRL był szary, brudny i smutny. Tony pyłów z Nowej Huty, Skawiny, czy Bonarki wgryzały się w elewacje kamienic i niszczyły krakowskie zabytki. Zimą Kraków nie był biały - śnieg już po kilku godzinach pokrywał się szarą warstwą. Właścicieli kamienic, którym dokwaterowano lokatorów płacących symboliczne czynsze, lub lokatorów niepłacących, nie było stać na remont domów. Straszyły w centrum odpadającymi gzymsami i łuszczącą się farbą.
Kazimierz to był jedna, wielka ruina zamieszkała przez pijaków. lumpów, prostytutki i... artystów, którym władza przydzielała tam właśnie mieszkania, żeby zmienić przekrój społeczny dzielnicy.
No i przerażająco ponure blokowiska. Tak, szarość to kolor, który najmocniej zapadł mi w pamięć. Oczywiście w tym burym krajobrazie pojawiały się kolorowe plamy.
Krakowskie targowiska, którym poświęciłam już jeden z wcześniejszych tekstów, odpusty z kramami pełnymi drewnianych zabawek, cukierków i baloników i wreszcie małe, prywatne sklepiki, w których można było kupić rzeczy niedostępne w pustych sklepach państwowych.
Dziwne to były miejsca - zwalone w kącie sterty ziemniaków, innych warzyw i drzewo do podpałki sąsiadowały z kolorowymi, tajemniczymi puszkami z kakao, herbatą, przyprawami i ladą pełną wyrabianych domowym sposobem cukierków i lizaków. Stały butelki z krachlą wypełnione napojami o przedziwnych kolorach malinowego różu, czy różnych odcieni pomarańczy.
Kolor Krakowa zmieniał się wczesną wiosną, kiedy zaczynały kwitnąć kwiaty i drzewa i jesienią, kiedy zamieniał się w marzenie imresjonisty. Czy ktoś pamięta jeszcze jesienne liście kasztanowców sprzed epoki upiornego szrotówka kasztanowcowiaczka? A zamglone Planty nocą? Idąc jesienią od Filharmonii do Wawelu, wchodziło się w obraz Wyspiańskiego.
Dzisiejszy Kraków zrzucił smutną szarość, jest kolorowy, błyszczący i nie różni się od innych, europejskich miast.
Kiedy latem, późnym wieczorem, wracałam z koncertu w kościele św. Katarzyny, ogarnęło mnie dziwne uczucie. Gdzie wcześniej szłam wąskimi uliczkami pełnymi kawiarnianych ogródków i kwiatów, gdzie mijałam kolorowy tłum, gdzie słyszałam radosny śmiech i wielojęzyczny gwar? Oczywiście - wiele razy na południu Europy. Teraz nie muszę przejechać setek kilometrów, wystarczy kilkuminutowy spacer.