60 lat z gitarą w górach zaczęło się od harcerskich obozów i rajdów, gdzie piosenki powstawały z potrzeby chwili. Najpierw były to teksty dopisywane do znanych melodii, żeby wszyscy mogli je od razu śpiewać. Z czasem pojawiły się własne utwory i pierwsze sukcesy.
Przełomem okazał się rok 1966 i jesienny Rajd Kulczyckiego.
W konkursie na piosenkę rajdową zdobyłem pierwsze miejsce piosenką Odmienny rajd. I w zasadzie od tej daty liczę te moje sześćdziesiąt lat
– wspomina Andrzej Mróz.
Jedną z piosenek, które przetrwały najdłużej, jest „Od Turbacza wieje wiatr”. Nie powstała jednak na górskim szlaku, jak można by się spodziewać.
„Pomysł mi wpadł, kiedy jechałem tramwajem do pracy” – przyznaje autor. Utwór szybko zaczął żyć własnym życiem – zdobywał nagrody, trafiał do śpiewników, był śpiewany na rajdach i ogniskach. Z czasem pojawiła się też historia, która dla autora była zupełnym zaskoczeniem: piosenkę znał i śpiewał Jan Paweł II.
Z tej samej potrzeby wspólnego śpiewania powstała grupa „Kociołek”, z którą Andrzej Mróz i Maryla Lankosz-Mróz zdobywali nagrody na studenckich giełdach piosenki turystycznej. To był czas, kiedy takie wydarzenia gromadziły tysiące uczestników, a specjalne pociągi rajdowe wracały pełne ludzi śpiewających w przedziałach.
Ten świat nie zniknął. Zmienił się, ale nadal przyciąga ludzi.
Tych przeglądów piosenek turystycznych jest coraz więcej. Ludzie wędrują od przeglądu do przeglądu
– mówi Andrzej Mróz.
Dla wielu to wciąż nie tylko muzyka, ale sposób bycia razem – bez sceny, bez nagłośnienia, czasem przy świecach, w namiocie. „To taka najbardziej czysta forma tej piosenki” – tłumaczy Mróz.
Wspólne wędrowanie i śpiewanie szybko stało się też wspólnym życiem. Początek był zwyczajny: studenckie zimowisko w Szczyrku na początku lat 70. „Potem się okazało, że przyszła też moja przyszła żona” – wspomina Andrzej Mróz. Maryla dołączyła do grupy „Kociołek” i od tego momentu ich drogi już się nie rozeszły.
Z czasem do gór i muzyki dołączyła jeszcze jedna pasja – przyroda. Ona jako botaniczka, on jako fotograf przez lata związany z Ogrodem Botanicznym, dokumentujący jego zmiany i życie. Najwięcej mówi o tym jedno zdanie, które nie dotyczy ani muzyki, ani gór, ale pasuje do obu tych światów: „Czasem człowiek kilkadziesiąt lat czeka na to, żeby wykorzystać jedną dwutysięczną sekundy”.