Najnowsze wydanie programu to opowieść o strachu, który przychodzi po zakończonej akcji ratunkowej, o reporterze, który nie może odwracać wzroku od zła, w końcu o Ukrainie, gdzie ratowanie zwierząt stało się cichym manifestem wartości. Bo – jak przekonuje – ocalenie zwierząt jest dziś także próbą ocalenia człowieka i świata, który wciąż chce pozostać ludzki.
Wojciech Tochman: - Wszystko mówiło mi: nie jedź do Ukrainy. Po napisaniu trzech książek o konsekwencjach ludobójstw: „Jakbyś kamień jadła” o Bośni, „Dzisiaj narysujemy śmierć” o Rwandzie i „Pianie kogutów, płacz psów” o Kambodży, miałem już tego serdecznie dość.
Tadeusz Marek: Dość spotkań z cierpieniem?
- Tak. Uważałem, że zrobiłem już swoje. Że to zamknięty cykl, taki reporterski tryptyk. I trwałem w tym postanowieniu, kiedy wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie. (…). Tak się jednak złożyło, że właśnie podczas tej wojny ukazały się w Ukrainie dwie moje książki (…) w przekładzie wybitnego ukraińskiego pisarza Andrija Bondara.
Który, mówiąc wprost, zaciągnął cię do Ukrainy.
- Tak. Jesienią 2023 roku zabrał mnie do Lwowa i Kijowa na spotkania z czytelnikami. Poprosiłem wtedy Andrija, żeby zawiózł mnie do schroniska dla zwierząt. Miałem trochę pieniędzy zarobionych podczas tych spotkań i chciałem je tam zostawić. Schroniska – zwłaszcza w czasie wojny – wszędzie na świecie potrzebują wsparcia. I tak właśnie się zaczęło. Wpadłem w tę historię jak śliwka w kompot. (…) Tam poznałem jedną z bohaterek książki – Ołeksandrę Wiktoriwnę Mezinową.
Schronisko znajduje się we wsi Fedoriwka, na trasie prowadzącej od granicy z Białorusią i Rosją, przez Czarnobyl, do Kijowa. W czasie rosyjskiej ofensywy miejsce to było przez miesiąc okupowane. To właśnie Wiktoriwna opowiedziała mi, co wydarzyło się podczas tej okupacji. Jak z narażeniem własnego życia uratowała trzy tysiące zwierząt i ludzi pracujących w schronisku. Nie mówiła o sobie w ten sposób – jest niezwykle skromną osobą. To jej współpracownicy opowiadali mi o jej determinacji.
Ukraińcy wysadzili wszystkie mosty, żeby zatrzymać Rosjan przed wejściem do Kijowa. Schronisko zostało odcięte wodą. Przed jego bramą Rosjanie ustawili blockpost. A ona codziennie wychodziła na swoiste „polowanie”, żeby zdobyć jedzenie dla trzech tysięcy zwierząt i dziewiętnastu ludzi. Pomyślałem wtedy, że skoro ktoś powierza mi taką historię, to wykonując ten zawód mam wobec niej pewne obowiązki. Ale zaraz pojawiła się druga myśl: „A tam… Chrzanić obowiązki. Ja już swoje zrobiłem.” Chciałem napisać książkę o oliwie. Chciałem wreszcie napisać bestseller. Nie książkę posępną ani okrutną, tylko coś przyjemnego. (…) Miałem też jeszcze jedną wymówkę. Ukraina ma swoich wybitnych pisarzy i pisarki, autorów literatury pięknej, którzy z ogromnym talentem opisywali pierwsze miesiące pełnoskalowej inwazji z samego środka tego bólu. Uznałem, że ja jestem autorem z zewnątrz. Nie. To nie jest moja historia.
Co się więc wydarzyło, że jednak uznałeś ją za swoją?
- Podczas jednej z wizyt Ołeksandra Mezinowa przygarnęła mnie trochę do siebie i na pożegnanie powiedziała coś, czego długo nie mogłem zapomnieć: „Słuchaj, Wojtek. My każdą biedę tutaj przeżyjemy. Ale powrotu Ruskich już nie przeżyjemy. Drugi raz tego nie przeżyjemy.”
W schronisku często bywa tak, że wiadomo już dziś, iż za trzy dni zabraknie jedzenia dla psów. Trzeba wtedy stawać na głowie, żeby zdobyć karmę.
Pomyślałem wtedy, że Sasza próbuje mi coś powiedzieć. Coś więcej. Powiedziała mi to niemal szeptem, jakby zdradzała tajemnicę. Uznałem, że jako reporter powinienem spróbować tej historii wysłuchać. (...) A działy się tam rzeczy wręcz niewiarygodne. Prawdziwe cuda. Istnieje nawet podejrzenie, że pojawiła się tam Matka Boska.
Kobieta w czerni…
- Pojawiła się wtedy, gdy nie było już nic do jedzenia, gdy sytuacja była tak beznadziejna, że wydawało się, iż psy, koty i ludzie zamknięci w schronisku po prostu umrą. Pojawiła się właściwie znikąd.
Wyszła z domu.
- Tak, wyszła z domu. Tylko że te domy wyglądały na opuszczone. A jednak wyszła i zorganizowała jedzenie. Ustaliliśmy z Hanną Krall – a właściwie jesteśmy o tym przekonani, choć zobaczymy, co powiedzą czytelniczki i czytelnicy – że to była ta sama kobieta, która pojawiła się kiedyś w jednej z jej książek. Ta, która przyszła do matki z córką i powiedziała: „Prawda, że nie chce pani jechać na Umschlagplatz?”. To było jeszcze w getcie. Kobieta odpowiedziała: „Prawda”. A wtedy tamta powiedziała: „To proszę zejść z tego wozu. Ja pojadę za panią”. Tamta kobieta była ubrana na szaro. Wtedy ocaliła matkę z córką. Tutaj ocaliła zwierzęta.
To jest także znak czasu. Ukraina jest tego pięknym przykładem – pięknym właśnie w tych czasach zła. Skończył się, albo kończy, antropocen. Skończyła się epoka, w której człowiek uważał, że ma czynić sobie ziemię poddaną. Zwierzę – i nie jestem pierwszą osobą, która to mówi – nie jest już czymś. Jest kimś.
Wojtku, ale czy reporter może pozwolić sobie na wiarę w cuda?
- Nie. Nie może.
To jak to wytłumaczysz?
- Reporter musi opierać całą swoją opowieść na faktach. Budować ją wyłącznie na faktach. Ołeksandra Mezinowa opowiedziała mi, iż zatrzymali się na opustoszałej ulicy w miasteczku Dymar. Rozpłakała się. Wtedy z jednego z ogródków otworzyła się furtka. Wyszła kobieta ubrana na czarno i zapytała: „Dlaczego tutaj stoicie?”. Odpowiedzieli: „Potrzebujemy jedzenia dla trzech tysięcy psów. Natychmiast. Nie mają już co jeść”. I to się wydarzyło.
I inni później to potwierdzili. Sasza, choć bardzo dobrze zna to miasteczko, później nie potrafiła przypomnieć sobie, przy której ulicy to było. Nie pamiętała też twarzy tej kobiety. Ale okazało się, że jedzenie, które wtedy trafiło do schroniska – co potwierdzają inne osoby – było jak najbardziej prawdziwe. W tym sensie ten fakt naprawdę miał miejsce. A jednak był to cud. (…).
Co o wojnie powiedziały ci zwierzęta? Nawiązuję do tego, o czym mówiłeś przed chwilą – że kończy się era antropocenu. Sam doświadczyłeś tej wojny. Pomagałeś w ewakuacjach zwierząt.
- (…) Te wojenne zwierzęta powiedziały mi jedno. Gdyby umiały mówić, pewnie powiedziałyby tak: „Uważacie, wbrew temu, czego uczą różni mędrcy – głównie religijni – że cierpienie niczemu nie służy. A popatrzcie: nasze wojenne cierpienie jednak czemuś służy. Służy wam, ludziom. Najpierw nas udomowiliście, a teraz sami staliście się źródłem naszego cierpienia. Jesteśmy ranne, chore i przerażone, ale nasze cierpienie pomaga ocalić wasze głowy, wasze zdrowie psychiczne, waszą godność. Wasze człowieczeństwo. My po to tutaj jesteśmy – żeby ratować was”. I o tym jest także ta książka.
Ta książka pokazuje też, że zwierzęta ratują nie tylko na poziomie tej metafory, o której mówisz, ale również poprzez bardzo konkretne działania.
- Tak. Mam wrażenie, że ratowanie zwierząt nigdy nie jest tylko ratowaniem zwierząt. Jest ocalaniem całego świata. I nie mówię tego wyłącznie w znaczeniu metaforycznym. Dzisiejsza Ukraina jest najbardziej wyrazistym przykładem takiej postawy. Zwykli ludzie ciężko tam pracują od świtu do nocy. Dekretem prezydenta nie ma weekendów. Oczywiście można mieć dzień wolny od pracy, ale tam, gdzie może funkcjonować gospodarka, handel czy produkcja, wszystko działa siedem dni w tygodniu. A niewielka grupa ludzi ratuje zwierzęta.
Każdy na swój sposób próbuje doprowadzić Ukrainę do końca tej wojny. (...) Każdy już tam kogoś stracił – w rodzinie, w sąsiedztwie, w pracy albo w szkole. A jednak ludzie trzymają się mocno. Bez tego Putin już dawno połknąłby Ukrainę. W tym sensie ratowanie zwierząt jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Jest przykładem tego, jak bardzo można pozostać człowiekiem mimo wszystkiego. Pokazuje światu, ale przede wszystkim samym Ukraińcom i Rosjanom, że „my nie jesteśmy tacy jak wy”. Putin powtarza, że Ukraina to właściwie mniejsza Rosja, że Ukraińcy są tacy sami jak Rosjanie i prędzej czy później zostaną przez Rosję wchłonięci.
To opowieść o innym systemie wartości?
- Ratując zwierzęta i ciężko pracując każdego dnia, Ukraińcy mówią: „Nie jesteśmy tacy jak wy. Nie zabijamy waszych cywilów. Nie gwałcimy waszych kobiet. Nie bombardujemy szpitali dziecięcych. Z pola walki zabieramy rannych i ciała naszych poległych. Wy tego nie robicie. Wy dobijacie swoich, bo tak jest łatwiej, taniej i wygodniej. My ratujemy nawet zwierzęta, które – jak słyszymy – wy zjadacie z głodu”. Oni oczywiście nie używają tak wielkich słów. Ale właśnie taki komunikat wysyłają światu. W tym sensie ratowanie zwierząt jest ratowaniem Ukrainy. A ocalenie Ukrainy jest ocaleniem Europy. A ocalenie Europy jest ocaleniem świata.
Na pytanie, dlaczego z narażeniem życia ratują zwierzęta, Ihor odpowiada bez namysłu: „Bo rodzą się, by być przyjaciółmi człowieka. Z człowiekiem tworzą więzi, za człowiekiem tęsknią, gdy są w potrzebie. Człowiek musi im pomóc. Człowiek popełnia błąd, kiedy porzuca przyjaciela. Człowiek ma wyrzuty sumienia. Ratujemy ludzkie sumienia. Systemowo ratujemy człowieczeństwo”.
Całej rozmowy Tadeusza Marka z Wojciechem Tochmanem posłuchaj w podkaście.