Georgina Gryboś: „Niewiele rzeczy ma na człowieka tak wielki wpływ, jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca”, to cytat z książki „Cień wiatru” Zafona. Pomyślałam, że zapytam Cię o tę pierwszą książkę, która trafiła do Twojego serca, a może zmieniła coś w Tobie.
Grzegorz Jankowicz: Pierwszej książki, którą przeczytałem sam, nie pamiętam, nie wiem dokładnie co to było. Mógłbym coś wymyślić, co to mogło być, ale nie mam tego w pamięci. Natomiast pierwsza książka, która zrobiła na mnie takie duże wrażenie, które potem pracowało; pierwsza książka, która jakoś mnie skłoniła do tego, żebym pomyślał o innym świecie niż ten, który mnie otacza to był chyba „Mały Książę”. To był „Mały Książę”, jako opowieść o właśnie oderwaniu się od miejsca, w którym się jest. Ale nie dlatego, że od razu się ma w głowie jakiś przygodowy cel, tylko dlatego, że coś nas do tego skłania. Może nawet coś nas do tego zmusza.
To była pierwsza książka, która moją wyobraźnię pobudziła na tyle, żebym myślał o innych światach. Natomiast pierwsze doświadczenie lekturowe było zapośredniczone przez mojego dziadka, który był zapalonym czytelnikiem, i który nie tyle mi czytał, ile opowiadał „Trzech muszkieterów” Alexandra Dumas.
I to było chyba najważniejsze doświadczenie, jeśli chodzi o późniejsze wyobrażenie, czym książka, czym czytanie może dla mnie być. Dość traumatyczne też, dlatego że historia opowiadana przez mojego dziadka, jak się później okazało, nie była tą samą historią, którą wymyślił i napisał Alexander Dumas. Byłem dość młodym człowiekiem, więc takie porównanie wersji dziadka i wersji oryginalnej było dla mnie źródłem niemałego zaskoczenia.
Może trauma to jest za duże słowo. To raczej było po prostu zaskoczenie, że mogą istnieć różne warianty tej samej historii. A tym, co było niepokojące, tym, co mnie wtedy, pamiętam, stropiło, był fakt, że chodziło o mojego dziadka, do którego miałem bardzo duże zaufanie. I chodziło o pewną instytucję. Instytucję książki. W cudzysłowie to mówię oczywiście, metaforycznie.
Chodziło o to, że ta książka ma imię i nazwisko autora na okładce, w związku z czym wydaje się, tak przynajmniej wtedy wnioskowałem, jak się okazało później słusznie, że autorstwo tej historii należy przypisać osobie, która na okładce jest wymieniona. No i tutaj był cały szereg refleksji, wątpliwości i niepokoju.
Kto jest autorem? Komu wierzyć? Która z tych wersji jest obowiązująca? Ale jak już podjąłem tę refleksję, to potem się okazało, i chyba to jest takie clue tej historii, że historia czasem się od nas odrywa, odkleja.
Zaczyna żyć własnym życiem. Zaczyna funkcjonować dzięki temu, że czytelnicy, czytelniczki, opowiadaczki, opowiadacze dodają coś do niej, coś od niej odejmują. Potem się zorientowałem, że w gruncie rzeczy interpretacja tekstu literackiego jest właśnie tym. To znaczy próbą nie tyle przeniknięcia jedynego znaczenia, ile obudowywania tekstu, opowieści różnymi wariantami możliwych znaczeń.
Poruszyłeś wiele wątków. Spróbuję do nich powracać. Czy wielokrotnie wracałeś do „Małego Księcia”? Czy porzuciłeś go z tym pierwszym, świeżym biciem czytelniczego serca?
Powróciłem do niego potem, nawet w dorosłym życiu, ale to nie była lektura zakotwiczająca mnie w uniwersum literackim, w uniwersum książki.
Nie była satysfakcjonująca?
Była satysfakcjonująca, tylko że później po prostu poszedłem w stronę innych książek, innych możliwości, innych tekstów, innych opowieści i inne okazały się na tyle magnetyczne, żebym do nich nieustannie powracał. Wspominam tę lekturę miło, jakbym dzisiaj musiał z tą książką pracować, poprowadzić jakieś warsztaty, to też zrobiłbym to z przyjemnością, ale nie było tak, że ta książka po prostu na stałe wdarła się pod moją skórę i od tamtej pory już zawsze wyznaczała jakiś kierunek.
A „Trzej muszkieterowie”?
Też nie. To było raczej doświadczenie, to była opowieść o tym, co można zrobić z literaturą, a nie sama opowieść.
Oczywiście te książki są świetnie napisane. Dumas naprawdę potrafił opowiadać historie, więc to jest przyjemne. Myślę, że nawet dziś ktoś, kto jeszcze nigdy nie miał do czynienia z Alexandrem Dumas sięgając po to, doceniłby jego fach. Natomiast nie. Ta powieść przygodowa, historyczna to nie jest moja ukochana literatura.
Z tą trylogią wiąże się fascynacja zupełnie innym pisarzem. Georges Perec w takiej opowieści o swoim życiu, o swojej rodzinie, którą stracił - chodzi o śmierć jego rodziców w trakcie II wojny światowej - „W albo wspomnienie z dzieciństwa”, wspomina o tym, że jako młody człowiek, dziecko, chłopak, dostał bodaj od kuzyna drugą część trylogii i ją czytał z radością, z przyjemnością.
Kiedy trafiłem na ten fragment, kochając już wtedy Pereca bezgranicznie, pomyślałem, że jest jakaś więź między nami. Więc ten Dumas z tego powodu powrócił jako element dużej układanki czytelniczej. Ale „Trzej muszkieterowie” to nie jest literatura, to nie jest gatunek literacki, którego ja szukam na co dzień.