Basia Stępniak-Wilk od lat buduje własny muzyczny świat. Nie ściga się z modami, nie próbuje nadążać za algorytmami i nie ukrywa, że bliższe są jej spotkania z ludźmi niż wyścig o uwagę. Jej najnowsza płyta „Coś słodkiego” jest właśnie taka – spokojna, uważna i zanurzona w codzienności, z której wyrastają historie, obrazy i melodie.
Album jest podróżą przez cztery pory roku. Wiosenne forsycje, letnie zauroczenia, jesienne zamyślenia i zimowe opowieści układają się w historię o czasie, który płynie po swojemu. Nie ma tu pośpiechu. Jest za to miejsce na słowo, które wybrzmiewa do końca, i na muzykę, która nie boi się ciszy.
To także płyta zbudowana z relacji. Obok autorki pojawiają się muzycy, z którymi przyjaźni się i współpracuje od wielu lat. Są artyści związani z kabaretem Loch Camelot, są instrumentaliści obecni przy jej wcześniejszych projektach, są muzycy, których brzmienie rozpoznaje od pierwszych dźwięków. Dzięki temu „Coś słodkiego” nie jest tylko zbiorem piosenek. Przypomina raczej spotkanie przy wspólnym stole, do którego każdy wniósł coś własnego.
W czasach, gdy muzyka coraz częściej trafia do słuchaczy wyłącznie przez ekran telefonu, Basia Stępniak-Wilk nadal wierzy w znaczenie fizycznej płyty. W książeczce dołączonej do albumu znalazły się teksty piosenek i ilustracje inspirowane pracami Władysława „Pampla” Szyszki. Można je oglądać, czytać i do nich wracać – tak jak wraca się do ulubionej książki.
Jest w tej płycie także coś z cichego sprzeciwu wobec świata, który przyspiesza. Wszystkie teksty powstały przy biurku, nie w komputerowym generatorze. Wszystkie instrumenty zostały nagrane przez żywych muzyków. Wszystkie emocje mają swoje źródło w doświadczeniu, pamięci i uważności.
„Coś słodkiego” nie jest próbą zatrzymania czasu. Raczej przypomnieniem, że nawet dziś można tworzyć muzykę po swojemu. Bez pośpiechu. Bez kalkulacji. I z przekonaniem, że wciąż są ludzie, którzy chcą słuchać opowieści.