Najtrudniejsze rozmowy prowadzimy sami ze sobą
Film "O czym sobie nie mówimy" na pierwszy rzut oka to klasyczna historia: dojrzały mężczyzna, wieloletnie małżeństwo, rutyna i nagłe zauroczenie młodą kobietą. Jednak sedno opowieści znajduje się znacznie głębiej. Największym problemem bohatera nie jest to, że nie rozmawia z żoną. Problem polega na tym, że nie potrafi uczciwie rozmawiać z samym sobą. Profesor filozofii, który wdaje się w romans, nie chce się przyznać, że przeżywa kryzys związany z własną tożsamością, starzeniem się i męskością. Młoda studentka nie tyle uwodzi, ile przypomina mu o wersji siebie, za którą tęskni. O człowieku pełnym energii, atrakcyjnym, pożądanym i podziwianym. To właśnie tutaj pojawia się myśl znanej terapeutki Esther Perel.
Uwodzi nas nie drugi człowiek, tylko nasz obraz samych siebie w oczach drugiego człowieka. On zakochuje się w swoim obrazie – mówi dr Małgorzata Majewska.
Jednym z najciekawszych wątków poruszanych przez oba filmy jest rozdzielenie dwóch pojęć, które przez dekady traktowano niemal jak synonimy: miłości i pożądania. W kulturze popularnej przez lata dominowała narracja, zgodnie z którą kochając kogoś, automatycznie się go pożąda. Tymczasem współczesne relacje coraz częściej pokazują, że te dwa doświadczenia mogą istnieć niezależnie od siebie.
W filmie Muccino małżeństwo bohaterów opiera się na bliskości, wspólnocie doświadczeń, czułości i wzajemnym wsparciu. Widać między nimi porozumienie, ale brakuje jednak namiętności. Pożądanie pojawia się natomiast w relacji z młodą kobietą. To rozdarcie staje się osią całej historii. Bohater kocha swoją żonę, ale pożąda kogoś innego. I właśnie z tym faktem nie potrafi się zmierzyć.
Czasy się zmieniły. Kobiety spokojnie radzą sobie finansowo i już nie są skazane na patriarchalne modele. Otwarte związki, coraz mniej osób decyduje się na dzieci. Seksualność jest inaczej definiowana – mówi.
Czułość potrzebuje bliskości
Czułość rodzi się z bezpieczeństwa, znajomości i bliskości. To poczucie, że znamy drugą osobę niemal na wylot. Pożądanie działa odwrotnie. Pojawia się tam, gdzie istnieje pewna odrębność. Potrzebuje przestrzeni, niedopowiedzenia i tajemnicy. Potrzebuje świadomości, że druga osoba pozostaje kimś osobnym, nie do końca poznanym. Paradoks wielu długoletnich związków polega na tym, że wraz ze wzrostem bliskości maleje poczucie tajemnicy. Partnerzy stają się dla siebie przewidywalni. Wiedzą o sobie wszystko. To daje bezpieczeństwo, ale czasem osłabia erotyczne napięcie. Dlatego największym wyzwaniem dojrzałych relacji wydaje się nieustanne balansowanie między bliskością a autonomią. Partnerzy, którzy spędzili razem dwadzieścia czy trzydzieści lat, przechodzili wspólnie przez wszystkie etapy dojrzewania. Widzieli siebie nawzajem w chwilach sukcesów, porażek, słabości i kryzysów. Nowa osoba w życiu jednego z partnerów poznaje go natomiast już jako człowieka ukształtowanego. Nie zna jego błędów młodości, lęków ani kompromitacji. Widzi wyłącznie wersję "finalną".
Dojrzałość w związku nie polega ona na całkowitym stopieniu się z partnerem ani na przekonaniu, że nie można bez niego żyć. Oznacza świadomość, że druga osoba pozostaje odrębnym człowiekiem, że nie jest naszym przedłużeniem ani warunkiem przetrwania.
W moim przekonaniu, na pewnym etapie życia, dojrzałość polega na tym, że w każdym momencie jedna i druga strona ma wszystkie narzędzia, by odejść, ale mimo wszystko decydują się być razem i dla mnie to jest istota związku – dodaje.