Dieta planetarna stała się jednym z tematów krakowskiej kampanii wyborczej. Podczas konwencji jednego z kandydatów padła deklaracja, że w miejskich szkołach „nie będzie żadnej diety planetarnej”. Ale czy rzeczywiście jest się czego bać? Zdaniem naukowczyń z Uniwersytetu Jagiellońskiego problem nie leży wyłącznie w tym, co trafia na talerz. Kluczowe jest to, kto o zmianie decyduje i w jaki sposób się ją wprowadza.
– Ta sytuacja służy głównie celom politycznym. Ale każda zmiana nawyków jest oczywiście trudna i każda próba zmieniania ich na siłę będzie wywoływać opór. Być może więc to jest kwestia nie „co”, ale „w jaki sposób” się wprowadza – mówi prof. Ewa Kopczyńska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wszyscy chcą jeść zdrowo. Problem zaczyna się później
Zdrowa dieta sama w sobie nie budzi większych sporów. Jak zauważa prof. Kopczyńska, większość ludzi jest przekonana zarówno o tym, że warto odżywiać się zdrowo, jak i o tym, że sama właśnie tak robi.
Spór zaczyna się w chwili, gdy trzeba odpowiedzieć na bardziej konkretne pytania: kto ustala, co jest zdrowe, kto decyduje, co znajdzie się na talerzu dziecka i kto powinien przygotowywać posiłki.
Żywność i w ogóle jedzenie, posiłki to jest taki obszar, który jest bardzo prywatny, osobisty, niemalże intymny. „Nikt mi nie będzie mówił, co ja mam jeść”
– mówi prof. Kopczyńska.
Do tego dochodzą nawyki wyniesione z domu. To właśnie rodzina jest pierwszym miejscem, w którym dziecko uczy się, co i w jaki sposób jeść. Dzieci obserwują dorosłych i często powtarzają ich zachowania.
Dr Ostafińska-Molik zwraca uwagę, że znaczenie ma również nastawienie rodziców do nowych potraw. Jeśli dziecko słyszy zachętę, by czegoś spróbować, łatwiej przełamuje niechęć. Jeśli natomiast już na początku pojawia się przekonanie, że coś będzie niesmaczne lub wygląda nieatrakcyjnie, opór może się tylko utrwalać.
Czy szkolna stołówka może zmienić nawyki?
Zdaniem naukowczyń – może. Nie wystarczy jednak zmienić jadłospisu i postawić przed uczniami gotowy talerz.
– Jeśli my narzucamy mocno dzieciom, co mają jeść, nie pytając ich też o ich zdanie, to budzi duże trudności, budzi opór wynikający ze zmiany – tłumaczyła dr Ostafińska-Molik.
Nie chodzi przy tym o podważanie wiedzy naukowej dotyczącej wartości warzyw czy roślin strączkowych, ale o sposób przedstawienia dzieciom zmian. Potrzebne są rozmowa, wyjaśnianie i pokazanie, dlaczego określone produkty pojawiają się w jadłospisie.
Prof. Kopczyńska podkreślała, że skuteczna zmiana jest możliwa wtedy, gdy osoby, których dotyczy, nie są jedynie jej odbiorcami.
– Kiedy ja współdecyduję, kiedy nie jestem odbiorcą, konsumentem, petentem czy pacjentem, tylko jestem twórcą tej zmiany. W przypadku dzieci i stołówek pytanie brzmi: czy stołówki mogą zmieniać? Tak, jeżeli będą wprowadzać tę zmianę razem z dziećmi, razem z rodzicami – mówiła.
Rodzice również mogą początkowo reagować oporem, traktując nowe zasady jako ograniczenie „kulinarnej wolności” rodziny. Dlatego – jak przekonywały rozmówczynie – także oni powinni zostać włączeni w proces i mieć możliwość współtworzenia nowych rozwiązań.
Najpierw projektowali, później jedli
Punktem wyjścia do rozmowy był projekt realizowany z udziałem naukowców UJ, którego celem było sprawdzenie, jak skutecznie zmieniać nawyki żywieniowe. Badacze pracowali między innymi z uczniami Szkoły Podstawowej nr 105 w Krakowie. Projekt był częścią dużego europejskiego przedsięwzięcia skupiającego 24 partnerów. Jego główne pytanie dotyczyło tego, jak skutecznie zmieniać sposób odżywiania Europejczyków.
Krakowski zespół skoncentrował się na dzieciach w wieku szkolnym. Działania prowadzono na trzech poziomach: pracowano z dziećmi i rodzinami, ze szkołą jako instytucją, a także nad rekomendacjami dotyczącymi polityk publicznych.
W Szkole Podstawowej nr 105 uczniowie nie dostali po prostu gotowego jadłospisu.
– Zanim dostali coś na talerzu, projektowali, co dostaną na tym talerzu – podkreślała dr Ostafińska-Molik.
Do projektu zaproszono dietetyka, który pomagał oceniać wartość odżywczą proponowanych produktów. Wcześniej dzieci poznawały jednak drogę jedzenia „od pola do talerza” – zastanawiały się, skąd pochodzi żywność i jak trafia do ich posiłków.
Szczególne miejsce zajmowały rośliny strączkowe. Powstała książeczka z przepisami pokazująca, jak można je przygotowywać w atrakcyjny sposób.
Przez sześć tygodni rodziny otrzymywały zestawy podstawowych produktów oraz dwa przepisy do wyboru. Rodzice gotowali razem z dziećmi, ale proponowane dania mogli zmieniać według własnych potrzeb. Chodziło przede wszystkim o to, by dzieci miały możliwość spróbowania tych samych produktów w różnych połączeniach.
Później rodziny przekazywały badaczom swoje opinie. Wspólnie z rodzicami i dziećmi organizowano też zajęcia w szkole, podczas których sami uczestnicy tworzyli przepisy. Efektem były dwie książeczki kulinarne – jedna przygotowana przez eksperta i przetestowana przez rodziny, druga stworzona przez same rodziny z dziećmi.
Dieta planetarna, czyli nie tylko nasze zdrowie
Zdrowie człowieka jest tylko jednym z elementów koncepcji diety planetarnej. Drugim jest wpływ produkcji żywności na środowisko.
Zalecenia, które znajdują się w diecie planetarnej, odnoszą się właśnie do tak zwanego kosztu środowiskowego poszczególnych produktów czy dań
– tłumaczyła prof. Kopczyńska.
Chodzi między innymi o zużycie wody, energii i surowców nieodnawialnych. Produkcja żywności ma wpływ na środowisko, dlatego bardziej zrównoważone odżywianie ma służyć nie tylko człowiekowi, ale również ograniczeniu tego oddziaływania.
Pytanie brzmi jednak, na ile takie zależności są zrozumiałe dla najmłodszych uczniów. Rozmówczynie zwracały uwagę, że sama wiedza nie wystarczy.
Kolejne lekcje, ulotki czy akcje informacyjne mogą zwiększać świadomość, ale nie muszą prowadzić do realnej zmiany zachowań. Znacznie skuteczniejsze może być doświadczenie – chociażby prowadzenie szkolnego ogródka, obserwowanie wzrostu roślin czy sprawdzanie, jaki wpływ na uprawę ma brak wody.
To właśnie bezpośrednie uczestnictwo ma sprawić, że abstrakcyjna opowieść o środowisku zaczyna dotyczyć codzienności dziecka.
„To nie jest żadna rewolucja”
Nowe zasady żywienia obowiązują w szkołach od 1 września. Jak ocenia dr Ostafińska-Molik, ich przyjęcie wygląda różnie w zależności od placówki.
Szkoła Podstawowa nr 105 miała być przykładem miejsca, które było do zmian przygotowane. Uczniowie jedli przygotowane według nowych zasad posiłki, a – jak relacjonowała badaczka – po obiedzie talerze zostawały puste.
W innych szkołach efekty mogą wyglądać inaczej. Zdaniem rozmówczyń czas pokaże, które rozwiązania wymagają jeszcze modyfikacji.
Prof. Kopczyńska zwróciła uwagę, że w szkole uczestniczącej w projekcie wejście nowych zasad właściwie nie oznaczało rewolucji. Rośliny strączkowe, na które kładzie się nacisk jako roślinne źródło białka, już wcześniej były tam obecne.
Rośliny strączkowe są w naszej tradycji kulinarnej. Fasolki, grochy i tak dalej to nie jest nic nowego. Potrafimy to gotować. Wiemy, jak to podać w sposób atrakcyjny, smaczny. To nie jest żadna rewolucja
– przekonywała.
Jej zdaniem to raczej powrót do praktyk, które wcześniej były naturalnym elementem codziennej kuchni.