Komisarz nie chce być „malowany”
Miała być ciepła woda w kranie. Tymczasem są ważne decyzje i deklaracje na lata. Metro najwcześniej w 2040 roku, Starowiślna pozostanie ulicą dwukierunkową, wcześniej propozycja połączenia szpitala wojskowego ze szpitalem Narutowicza, przygotowania do zmian w strefie czystego transportu i oczekiwanie wobec ZTP przywrócenia 20-minutowego biletu. Kiedy umawialiśmy się na rozmowę, mówił pan, że tych decyzji za dużo nie ma. Ale jak się to wyliczy, widać pewien rozmach.
Tak, dlatego że to już jest kilka tygodni, kiedy były prezydent Stanisław Kracik jest komisarzem. Był wiceprezydentem, wcześniej był kiedyś burmistrzem Niepołomic. Ma olbrzymie doświadczenie w zarządzaniu publicznym, zwłaszcza na stanowiskach samorządowych, więc może z tego korzystać.
W dodatku chyba też będzie to jeden z ostatnich jego akordów, jeśli chodzi o zawodową realizację. Dlatego – tak przypuszczam – nie chce być komisarzem malowanym, tylko chce być realnym zarządcą tej trochę masy upadłościowej, jaką jest dawny zarząd miasta.
Czyli chce być zapamiętany jako komisarz na ostatniej prostej swojej publicznej aktywności?
Tak, właśnie jako ostatnia funkcja publiczna. Zapewne nie chciał popełnić błędu, jak każdy, ale też nie chciałby pewnie tylko trwać. No i pochodząc z konkretnej partii politycznej, będąc związanym z konkretnym środowiskiem, chyba ma jakieś zobowiązania. Tak należy patrzeć na jego działania w powiązaniu z większością rady miejskiej. To tłumaczy te decyzje.
Z politycznego punktu widzenia nasuwa się myśl, że może to jest oczyszczanie pola minowego. Jeśli Koalicja Obywatelska wierzy w zwycięstwo swojej kandydatki, senator Moniki Piątkowskiej, łatwiej będzie jej rządzić, gdy ktoś inny powie uczciwie: metro za 20 lat, a ktoś inny będzie obiektem ataku aktywistów za zmiany w sprawie Starowiślnej. Czy to za daleko idąca interpretacja?
Moim zdaniem trochę za daleko, bo faktyczna kampania jeszcze się nie zaczęła i ci kandydaci, którzy są, na pewno jeszcze nie wszyscy. Nie można już ustawiać kampanii i zarządzania przyszłego prezydenta w kontekście tego, co teraz się dzieje.
Mamy okres zawieszenia. On potrwa do końca wyborów, zapewne do drugiej tury. W tym okresie decyzje, które są podejmowane, powinny być jednak bardziej doraźne niż strategiczne, bo referendum pokazało wolę pewnej grupy krakowian. Tej woli nie należy się przeciwstawiać, podejmując decyzje, które byłyby kontynuacją pewnych działań.
Myślę, że wahając się między kontynuacją a strategią, urzędujący komisarz powinien być bliżej tej drugiej opcji, czyli takiego zarządzania, które uwzględnia perspektywę długofalową, ale każdego prezydenta, nie tylko z tej opcji rządzącej.
Czy pana zdaniem Stanisław Kracik nadal operuje w granicach doraźności?
Tak, myślę, że trudno się też tego wyzbyć. Był wiceprezydentem i nagle został komisarzem. Byłoby dziwne, gdyby nie korzystał z tych doświadczeń i z tej wiedzy. Dlatego też mianowanie go na komisarza wzbudziło pewne zdziwienie.
Zobaczymy, na ile te decyzje rzeczywiście będą ciążyły na przyszłym prezydencie. Wydaje się jednak, że większe znaczenie ma większość w radzie i kierunek pracy organu stanowiącego niż decyzje, które w tej chwili podejmuje komisarz.
Kampania w zawieszeniu
Czy całkowitym political fiction jest scenariusz, że Stanisław Kracik chce wszystkich wystrychnąć na dudka i jednak wystartować w wyborach?
– Zaraz, zaraz. Wszystkie scenariusze są na tym etapie możliwe. Dlatego mówiłem, że nie mamy jeszcze listy zamkniętej. Również w tym kontekście, że partie, które już zgłosiły kandydatów, mogą swoją decyzję zmienić. Nawet w wyborach prezydenckich w 2020 roku przy zaawansowanej kampanii doszło do zmiany. Fakt, wtedy był COVID i nadzwyczajne okoliczności, ale teraz też mamy sytuację nadzwyczajną, związaną z poreferendalną atmosferą.
Kampania, a właściwie prekampania, jest na razie niemrawa. Było dużo hałasu o odwołanie Aleksandra Miszalskiego, a teraz wszystko ucichło. Zaczynają się wakacje, to niecodzienna sceneria dla kampanii politycznych. Czy tak to będzie wyglądało – ospale jak letnie popołudnie – czy to cisza przed burzą?
Mamy sezon ogórkowy, po pierwsze. Po drugie wszyscy wiemy, że kandydat, który ma największe poparcie, jeszcze oficjalnie się nie zgłosił. To będzie ważny moment w tej prekampanii, a być może otwarcie prawdziwej kampanii. Po trzecie, uważam, że partie polityczne jeszcze nie powiedziały ostatecznego słowa.
Będzie wiele zaskoczeń, ale naprawdę dopiero po sezonie urlopowym, myślę, że prawdziwa kampania, nawet ta prekampania, zacznie się dopiero we wrześniu.
Spodziewa się pan podmian kandydatów? Na przykład czy Stanisław Kracik byłby lepszym kandydatem niż Monika Piątkowska?
Spodziewam się tego, że po raz drugi w tym roku znów oczy całej Polski mogą być zwrócone na Kraków. Pokazały to referendum, wynik referendum i atmosfera w wielu innych miastach.
Nie tylko samo referendum w Krakowie, ale wynik wyborów będzie ważnym sygnałem dla partii politycznych: czy dalej iść tą drogą, czy referenda będą sposobem nie tylko na odwołanie prezydentów, bo to oczywiste, ale także na wzmocnienie opozycji i zmianę układu sił w Polsce.
Gibała czeka na odpowiedni moment
Zwrotnym momentem kampanii będzie ogłoszenie decyzji Łukasza Gibały. W co on gra? Czy nie jest tak, że Gibale nie opłaca się startować? Odwołany jest Miszalski, ale została rada miasta. Przechodząc teraz do magistratu, do tej stajni Augiasza, mógłby sobie narobić więcej kłopotów niż korzyści. Może tym razem nie chce startować i dlatego się ociąga?
Możemy tak spekulować, ale przyzna pan, że byłoby to nielogiczne. Inwestując w to referendum – bo sam przyznał, że wspierał finansowo inicjatorów – i wypowiadając się jako osoba publiczna w różnych kwestiach, również krytykując urzędujący zarząd, teraz, mając szansę wystawić swoją kandydaturę i zmienić politykę, przede wszystkim na zasadzie kontynuacji znów kandydować i owoc referendum w stosunku do siebie wykorzystać, byłoby dziwne, gdyby tego nie zrobił.
Wydaje się, że czeka na odpowiedni moment. Przede wszystkim na kwestię uprawomocnienia się referendum, a później na to, aż partie ostatecznie wskażą kandydatów.
Dlaczego pana zdaniem Gibała czeka?
Po pierwsze, mamy sezon urlopowy. Po drugie, nie mamy jeszcze ważności referendum w stu procentach potwierdzonej sądownie. Po trzecie, lista kandydatów chyba nie jest zamknięta. Dobrze w takim tłumie być tym ostatnim, który powie ostatnie słowo i zapewne zrobi to w sposób spektakularny.
To może przykryć proces zgłaszania innych kandydatów. Kiedy będzie ich kilkunastu, to wtedy można powtórzyć hasło z pewnej kampanii: kandydatów jest wielu, Wałęsa jeden. I teraz to samo hasło może powtórzyć Gibała, oczywiście w swoim stylu.
Łukasz Gibała nie musi walczyć o rozpoznawalność. Jest w Krakowie rozpoznawalny i ma duży, żelazny elektorat.
Taki osobisty, związany z nazwiskiem. To może mu pomóc. Pytanie tylko o wykorzystanie zdezorientowanego elektoratu poszczególnych partii. Wybory pokażą, jaki będzie skutek.