Sprawa jest fascynująca, bo z jednej strony wreszcie dostaniemy cyfrowe hamulce, ale z drugiej, nie oczekujmy, że internet z dnia na dzień stanie się krainą absolutnej prawdy.
Co faktycznie się zmienia? Przepisy wprowadzają twardą zasadę przejrzystości. Od teraz, kiedy piszesz do biura obsługi klienta albo rozmawiasz z wirtualnym asystentem, ten ma obowiązek od razu, prosto z mostu przyznać - "cześć, jestem algorytmem, a nie panem Mietkiem z działu reklamacji". Druga wielka zmiana dotyczy obrazów, nagrań audio i wideo. Jeśli ktoś wygeneruje realistyczny deepfake, np. filmik z politykiem tańczącym na stole, albo nagranie ze sklonowanym głosem znanego aktora, taki materiał musi być wyraźnie oznaczony. Nie tylko napisem dla nas, ludzi, ale też specjalnym znakiem cyfrowym dla maszyn, żeby platformy społecznościowe mogły go od razu wyłapać.
Uwaga na haczyki! Co z artykułami i tekstami w sieci? Jeśli tekst informacyjny wygeneruje AI, ale potem usiądzie nad nim żywy redaktor z krwi i kości, sprawdzi go i weźmie za niego odpowiedzialność, dodatkowa etykieta z napisem AI wcale nie jest wymagana.
Kto ma tego wszystkiego pilnować na naszym podwórku? Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, w Polsce powstaje nowy organ - Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji. Prezydent podpisał już stosowną ustawę. Sejm ma wyznaczyć przewodniczącego, a sama komisja ma ruszyć pełną parą jesienią.
Czy to oznacza natychmiastową rewolucję? Nie do końca. Firmy, które działały na rynku przed 2 sierpnia, dostały trochę czasu na wdrożenie cyfrowych oznaczeń, a bardziej skomplikowane systemy, np. te wykorzystywane w rekrutacji, edukacji czy sądownictwie, wejdą pod ścisły nadzór dopiero w latach 2027-2028.
Podsumowując, to nie jest magiczny przycisk usuwający wszystkie fałszywki z sieci, ale bardzo ważny krok. AI Act nie wyręczy nas z myślenia, ale daje nam wreszcie narzędzia, dzięki którym łatwiej odróżnimy cyfrową fikcję od rzeczywistości.