– To zdarzenie spowodowało śnięcie ryb w przedziale od 1 tysiąca kilogramów do maksymalnie 2 tysięcy kilogramów. Natomiast w całym odcinku Dolnego Dunajca jest ich około 51 ton, co oznacza, że szkoda stanowi od 1,95 do niespełna 4 procent ogólnej biomasy ryb. Zdaniem biegłego taka skala nie wskazuje na to, aby zaistniała tu przesłanka w postaci znacznego zniszczenia – wyjaśnia rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie Mieczysław Sienicki.
Prokurator Sienicki dodaje także, że według biegłego ichtiologa ponad połowa gatunków śniętych ryb to gatunki gospodarcze, „systematycznie zarybiane”. Ponadto szkoda ta nie miała trwałego charakteru i nie dotknęła gatunków zagrożonych wyginięciem, a skutki są odwracalne.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Tarnowie dodaje, że o zrzucie wody z powodu awarii zostały poinformowane Tarnowskie Wodociągi, Grupa Azoty, Wody Polskie oraz Polski Związek Wędkarski.
Wędkarze i ekolodzy wskazują na kontrowersje
Wędkarze, a także organizacje zajmujące się tą sprawą, jak m.in. Towarzystwo na Rzecz Ziemi, wskazują, że prokuratura powinna badać tę sprawę w szerszym kontekście prawnym — nie tylko w oparciu o kodeks karny, ale także ustawę o ochronie zwierząt.
– Czyli znęcania się nad zwierzętami, bo te ryby przez kilka dni cierpiały. Zgłaszaliśmy tę okoliczność w zawiadomieniu, jak również wniosek o to, aby organizacja miała status pokrzywdzonego. Te wnioski tak naprawdę w ogóle nie zostały rozpoznane przez prokuraturę i strona społeczna nie mogła brać udziału w tym postępowaniu. W bardzo podobnych sytuacjach prokuratury i sądy uznawały, że łączna kwalifikacja z kodeksu karnego oraz ustawy o ochronie zwierząt jest zasadna – podkreśla mecenas Beata Filipcova, reprezentująca Towarzystwo na Rzecz Ziemi w Oświęcimiu.
Filipcova zwraca także uwagę na fakt, że do tej sytuacji doszło na obszarze chronionym Natura 2000 Dolny Dunajec i wśród śniętych ryb były gatunki chronione, takie jak brzanka czy boleń. Jak zaznacza, w ogóle się do tego nie odniesiono.
– W mojej ocenie ocena prokuratury powinna być inna, jeżeli mamy do czynienia z obszarem chronionym – dodaje.
Z kolei wędkarze mają wątpliwości co do rzeczywistych ilości ryb, które zginęły po zrzucie wody i obniżeniu stanu Dunajca. Ryby były bowiem zbierane i wywożone.
Jest jeszcze jedna istotna wątpliwość
Z kontroli Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Małej Elektrowni Wodnej Ostrów wynika, że problemy w tej instalacji zaczęły się już w listopadzie 2024 roku. Natomiast zrzut wody odbył się 5 grudnia tego samego roku, kiedy inne sposoby poradzenia sobie z awarią nie zadziałały. Spółka zdecydowała o tym wcześniej. Co ciekawe, w dniu rozpoczęcia zrzutu wody w Małej Elektrowni Wodnej Ostrów przeprowadzano wizytację przez przedstawicieli Wód Polskich, którzy mieli być powiadomieni o planowanym zrzucie. Kilka godzin później, kiedy zrzut się rozpoczął, informacje przekazano także Polskiemu Związkowi Wędkarskiemu.
Z jednej strony wędkarze przekonują, że elektrownia mogła poinformować o tak zagrażającym rybom fakcie wcześniej i rozłożyć zrzut na kilka dni, z drugiej spółka wyjaśnia, że proces upuszczania wody 5 grudnia trwał 12 godzin, aby jak najmniej wpłynęło to na ryby.
Niestety podczas zimy ryby zgromadziły się przy zaroślach i płytszych miejscach, co przy jednoczesnym spuszczaniu wody i obniżaniu stanu Dunajca odcięło im drogę ucieczki. Śnięte ryby trzy dni później zauważyli wędkarze.
Co więcej, takie sytuacje awaryjnego zrzutu wody mogą się powtarzać. Dlatego spółka miała poinformować Wody Polskie, że trzeba zadbać o koryto Dunajca, aby do tak dużych strat ryb już nie dochodziło. Mała Elektrownia Wodna przekonuje, że na kontrolowanym przez spółkę fragmencie rzeki usunięto miejsca, które mogłyby stanowić teoretyczną kryjówkę, a w praktyce zagrożenie dla ryb.