O dogłębną, prawną analizę tego wielowątkowego konfliktu pokusił się radca prawny Mateusz Stankiewicz. Ekspert rzucił zupełnie nowe światło na przepisy, tłumacząc bierność PZPN-u i obalając mity dotyczące gigantycznych kar.
Dwie zupełnie różne ścieżki prawne
Mecenas Stankiewicz podkreślił, że aby zrozumieć sytuację, trzeba bezwzględnie oddzielić od siebie dwa porządki prawne obowiązujące w polskiej piłce:
Regulamin rozgrywek to zbiór zasad organizacyjnych. Zobowiązuje on kluby do stawienia się na boisku we wskazanym terminie. Z tej perspektywy sprawa jest zero-jedynkowa: za nieprzystąpienie do meczu przepisy przewidują automatyczny walkower oraz relatywnie drobną karę finansową, która w realiach pierwszej ligi wynosi zaledwie około 3 tysięcy złotych. Postępowanie dyscyplinarne to swoisty "kodeks karny" związku, który ma charakter represyjny i służy do oceny intencji oraz konkretnych zachowań obu klubów. To właśnie na tym polu rozegra się prawdziwa batalia.
Dlaczego PZPN "umył ręce" przed meczem?
Wielu kibiców oburzało się, że PZPN nie zareagował natychmiast, gdy Śląsk nie przekazał biletów w regulaminowym terminie (na kilka dni przed meczem). Mecenas przyznał, że brak dystrybucji wejściówek to ewidentny drogowskaz i sygnał ostrzegawczy. Prawnik wziął jednak w obronę prezesa Cezarego Kuleszę, tłumacząc naczelną zasadę prawa dyscyplinarnego: aby ukarać czyn, musi on faktycznie zaistnieć.
Stankiewicz posłużył się bardzo obrazowym przykładem. Wyobraźmy sobie, że Śląsk odmawia przyjęcia kibiców, ale dzień przed meczem w stadion uderza meteoryt, następuje powódź lub inna siła wyższa uniemożliwia rozegranie zawodów. W takiej sytuacji wrocławski klub byłby "uratowany" i nie poniósłby kary za niewpuszczenie fanów, ponieważ mecz i tak by się nie odbył. Właśnie dlatego związek musiał czekać na fizyczny rozwój wydarzeń w dniu meczu, nie mając podstaw do przedwczesnego weryfikowania spotkania jako walkower.
Linia obrony Wisły: Bezpieczeństwo drużyny
Wisła Kraków argumentowała swój bojkot obawą o zdrowie własnych piłkarzy i sztabu szkoleniowego, wskazując, że skoro organizator nie panuje nad bezpieczeństwem, przyjazd drużyny wiąże się z ryzykiem. Jak ocenia to ekspert?
Mecenas Stankiewicz zaznaczył, że organy dyscyplinarne na pewno pochylą się nad tym argumentem, jednak prawnie jest to bardzo trudne do obronienia. Wskazał, że obracamy się w sferze "nagiej retoryki". Czym innym jest systemowy problem z przyjęciem grupy kibiców w sektorze gości, a czym innym bezpośrednie zagrożenie dla samych zawodników. Aby ten argument był skuteczny przed komisją, Wisła musiałaby przedstawić twarde dowody operacyjne (np. udokumentowane groźby skierowane bezpośrednio w stronę drużyny).
Czwartkowa komisja to dopiero początek maratonu
Jeśli chodzi o oczekiwania kibiców względem czwartkowego posiedzenia komisji dyscyplinarnej, prawnik brutalnie ostudził nadzieje na szybkie i kategoryczne rozwiązanie sprawy "od ręki".
Jeśli Śląsk miałby zostać ukarany w trybie dyscyplinarnym (np. nałożeniem walkowera przeciwko niemu), otwiera to wyjątkowo długą i zawiłą ścieżkę odwoławczą. Mecenas wyjaśnił, że sprawa przeszłaby z komisji dyscyplinarnej do trybunału arbitrażowego, a w skrajnych przypadkach oparłaby się nawet o sądy powszechne. Taki proces mógłby potrwać nawet do dwóch lat. Czwartkowe obrady będą więc zaledwie otwarciem procedury, podczas której strony będą składać dowody i wnioskować o wysłuchania.
Wszystko wskazuje na to, że walka o sprawiedliwość i zasady fair play potrwa znacznie dłużej, niż życzyliby sobie tego kibice.