Nie wiem jak fachowo nazywa się to urządzenie. Przypomina odkurzacz, ale jest raczej wykurzaczem, bo zamiast wciągać np. zeschnięte liście, wydmuchuje je, przeganiając po trawniku lub chodniku.
Kto z nas nie przechodził pospiesznie na drugą stronę ulicy, żeby nie wdychać pyłu i spalin, kto nie usiłował przekrzyczeć tej piekielnej machiny?
Rok temu, na zasadność / a raczej jej brak/ użycia owej wyjącej rury, zwrócił mi uwagę Piotrek Jędrzejewski. Obiecałam mu wówczas, że o tym napiszę i piszę - przez rok obserwowałam działalność panów rurykowiczów.
Konkluzja jest prosta - praca byłaby wykonana o wiele szybciej za pomocą łopaty i grabi. No cóż, łopata i grabie nie są nowoczesne, kojarzą się z pogardzaną, najprostszą pracą fizyczną. Użycie rury mniej męczy, a że smrodzi i wyje? Drobiazg.
Zauważyłam też dziwną prawidłowość. Rura jest w użyciu najczęściej, gdy wieje wiatr. Panowie rurykowicze zdmuchują liście na zgrabne kupki, ale zanim pojawi się kolejna ekipa, która ma je zebrać, wiatr niweczy dzieło.
Dziś rano, pod moim domem pojawili się dwaj panowie z rurą.Najpierw przepędzili zeschłe liście kasztanowca z chodnika pod krzaki, razem z petami i śmieciami / godzinę później wyglądało to tak, jak na zdjęciu/ , a następnie przez kwadrans wyli i smrodzili wokół piaskownicy, by wdmuchać do niej piasek rozsypany przez dzieci. Ta sama czynność wykonana starą poczciwą miotłą, zajęłaby im nie dłużej, niż 5 minut.
Następnie wrócili do samochodu, zapalili po papierosku, pety rzucili na chodnik, który przed chwilą " wysprzątali", po czym jeden powiedział do drugiego: " I po co my to, k..., robimy?".
Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem.
No i co Ty na to, Piotrze?