Aneta Godynia/fot. Sylwia Paszkowska
Nie walentynki, lecz Noc Kupały
Na dawnej wsi walentynek nie obchodzono. Święty Walenty nie był kojarzony z miłością. Świętem zakochanych była Noc Kupały, czerwcowe obchody, podczas których młodzi mogli okazywać sobie uczucia. To jednak nie oznacza, że miłość romantyczna była nieobecna. Przeciwnie, świadczą o niej liczne przyśpiewki i pieśni miłosne zachowane do dziś. Problem polegał na tym, że miłość rzadko decydowała o małżeństwie.
Miłość romantyczna zawsze gdzieś istniała, ale czy ona decydowała o tym, jak ludzie się wiązali? Nie. Miłość nie była najważniejsza, tylko siła rodziny, która pozwalała na przeżycie. Należało się dobrać w sposób rozsądny i mądry. Bogaci żenili się z bogatymi, oczywiście z niewielkimi wyjątkami – mówi Aneta Godynia.
Gospodarstwo miało przetrwać. Aby tak się stało, trzeba było "dobrze się dobrać". Bogaci żenili się z bogatymi, biedni z biednymi. Jeszcze w latach 50. XX wieku na podkrakowskich wsiach funkcjonowały określenia "wesele kmiece" i "wesele fornalskie", podkreślające różnice majątkowe między rodzinami. Miłość mogła towarzyszyć małżeństwu, ale nie mogła być jego jedynym fundamentem. Młodzież była od dziecka socjalizowana do określonego porządku świata. Córka zamożnego gospodarza szukała kogoś "ze swojej półki". Przekroczenie hierarchii było trudne i rzadkie. Łatwiej było inteligentowi ożenić się z chłopką niż bogatej chłopce z biednym parobkiem. Granice klasowe wewnątrz wsi bywały bardziej szczelne niż między stanami.
(cała rozmowa do posłuchania)
Najlepiej ze swojej wsi
Preferowano małżeństwa w obrębie tej samej miejscowości. Powody były praktyczne, ponieważ znano rodzinę przyszłego małżonka, łatwiej było sprawować kontrolę społeczną i ziemia zwykle znajdowała się w obrębie jednej wsi, więc jej łączenie było prostsze.
Główną rolę grała tutaj przede wszystkim kwestia kontroli społecznej, czyli jak mamy kogoś z naszej wsi, to znamy jego rodzinę. Chodziło głównie o gospodarstwa, czyli łączenie ziemi i żeby ją połączyć, szukano kogoś we własnej wsi. W Mogilanach mówiono, że iść na inną wieś, to nie szukać żony, tylko iść kraść.
Status kobiety w małżeństwie zależał w dużej mierze od tego, co wniosła do gospodarstwa. W zamożnym domu gospodyni była współzarządzającą. Kierowała służbą, nadzorowała parobków i dziewki, odpowiadała za część gospodarstwa przypisaną kobietom. Szacunek zdobywała kompetencją. W biedniejszych realiach kobieta była po prostu "babą", kimś, kto musiał ciężko pracować, by przetrwać. Kluczowe było wiano. Skrzynie wianne gromadzono latami: pierzyny, poduszki, odzież, korale, gorsety. Niezwykle istotne były krowy – należące do kobiecej części gospodarstwa. Mówiono, że "cudza krowa to nie swoja" – własna była gwarancją pozycji. Im mniej ktoś wnosił do małżeństwa, tym gorzej bywał traktowany. Dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn.
Rada familijna
Małżeństwa rzadko były dziełem przypadku. Gdy nadchodził odpowiedni czas, zbierała się rada familijna: rodzice, dziadkowie, wujowie, ciotki. Analizowano kandydatów pod kątem majątku, wieku, zdrowia czy reputacji rodziny.
Uroda miała znaczenie czwartorzędne. Wysyłano też osoby na "oględziny" przyszłego gospodarstwa. Często były to starsze, samotne kobiety, które w ten sposób dorabiały – za poczęstunek czy drobne wsparcie. Po zaakceptowaniu kandydata następowały zaloty i zrękowiny. Umowę należało "przepić" tak jak wiele innych umów na wsi. Małżeństwo było umową dosłowną. Zachowane akty notarialne pokazują, że kontrakty przedślubne szczegółowo regulowały podział ziemi, terminy przekazania gospodarstwa, zobowiązania wobec rodziców, wyposażenie młodych w zboże czy bydło.
Bardzo istotna też była kolejność wydawania córek za mąż. Pierwsza powinna pójść najstarsza córka. Nawet były takie powiedzenia, że z kraja brać nie babrać albo nie robić dziury w płocie, czyli że jeśli by ta młodsza wyszła za mąż, to starsza czuła się już odstawiona i jej szanse malały.
Umawiano się na konkretne warunki. Bardzo wiele aktów notarialnych zawieranych przez osoby ze wsi to są kontrakty przedślubne, w których rodzice młodych uzgadniali m.in. kto, ile ziemi dostanie – mówi Aneta Godynia.
W zasobniejszych wsiach podkrakowskich nawet koń mógł stanowić część wnoszonego majątku.
Czy panna mogła odmówić?
Mogła, przynajmniej formalnie. Zdarzały się odmowy. – "Takie sytuacje były dopuszczalne. To oczywiście zależało od rodziny. Kolberg kiedyś zanotował, że przecie dziewucha nie bydlę, abyśmy się jej bez pytania pozbywali. Jak widać, mamy też dowody na to, że niektórzy pytali swoje córki o to, jakie mają zdanie na temat przyszłego małżonka" – dodaje. Statystyki z XIX wieku zaskakują. W 1860 roku mediana wieku zamążpójścia wynosiła 26 lat dla kobiet i ponad 30 dla mężczyzn. Najczęściej żenili się mężczyźni między 30. a 39. rokiem życia, a kobiety wychodziły za mąż między 25. a 29.
Dopiero na przełomie wieków wiek ten zaczął się obniżać. Typowa była różnica około 10 lat – trzydziestolatek brał dwudziestolatkę, czterdziestolatek trzydziestolatkę. Zdarzały się jednak także związki z dużą różnicą wieku w obie strony. Wdowy bywały żonami młodszych parobków, choć tacy mężczyźni nie cieszyli się szacunkiem, bo "nic nie wnieśli". Wdowiec z małymi dziećmi często żenił się szybko – nawet po sześciu tygodniach. Chodziło o opiekę nad dziećmi. Wdowa musiała czekać dłużej ze względu na możliwość ciąży i kwestie dziedziczenia.