-
Chaos decyzyjny USA – brak spójnego planu administracji Donalda Trumpa wobec Wenezueli po operacji militarnej.
-
Sama obecność wojska i amerykańskich koncernów naftowych nie rozwiąże problemów kraju.
-
Efekt domina – czy Kuba, Kolumbia i cała Ameryka Łacińska mogą być kolejnym celem presji Waszyngtonu.
-
Koniec „dobrotliwego imperium” – jak zmienia się globalna rola Stanów Zjednoczonych.
-
Jak interwencja w Wenezueli może wpłynąć na notowania Donalda Trumpa.
- A
- A
- A
USA w Wenezueli: interwencja bez planu i pytanie o nowy porządek świata
Interwencja Stanów Zjednoczonych w Wenezueli była skuteczna militarnie, ale politycznie pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Prof. Małgorzata Zachara-Szymańska w Radiu Kraków mówi wprost: nie ma mowy o „przejęciu” państwa, a działania administracji Donalda Trumpa łamią prawo międzynarodowe i podważają dotychczasowy obraz USA jako „dobrotliwego imperium”.Czy sformułowanie "przejęcie Wenezueli" oddaje w pani ocenie to, co stało się w Caracas?
Nie, jednak nie. Mamy do czynienia z interwencją, w wyniku której z planszy zniknął prezydent Wenezueli i jego rodzina, właściwie najbliższe otoczenie. Widzimy już dwa-trzy dni po tych wydarzeniach, że odbywają się tam pewne ruchy. To nie jest tak, że reżim Nicolása Maduro został zastąpiony innym systemem władzy. Nie jest też tak, że przygotowywane są wybory. Na razie nie mamy planu – przynajmniej administracja Donalda Trumpa nie zdaje relacji ani Amerykanom, ani światu – jak miałaby wyglądać przyszłość Wenezueli i proces wymiany władzy. Także nie, to na razie jeszcze nie jest przejęcie.
Ale Donald Trump komunikuje, że dopóki sytuacja w Wenezueli się nie zmieni, Stany Zjednoczone będą nią zarządzać. Co to może znaczyć – to „zarządzanie Wenezuelą”?
I to jest pewien kłopot. Jak zwykle w przypadku tego prezydenta musimy uciekać się do szerokich interpretacji. Na konferencji prasowej, na której padło to określenie, Donald Trump wydawał się sam zaskoczony pytaniem. Był zaskoczony, że dziennikarze pytają: „Co teraz, panie prezydencie? Jak będzie wyglądała sytuacja? Kto tam będzie rządził?”. Przyparty do muru powiedział: „No widzicie, kto będzie rządził? Ci ludzie będą rządzić”, rozglądając się wokół i wskazując na Marco Rubio czy sekretarza obrony.
Oczywiście nie będzie tak, że członkowie administracji amerykańskiej pojadą do Caracas i będą wdrażać reformy, rozbrajać lokalne bojówki, układać się z ludźmi z otoczenia Maduro czy budować instytucjonalną sieć zapewniającą stabilizację w okresie przejściowym. Na razie z tego, co mówi Donald Trump, nie wyłania się spójna wizja tego, jak ta sytuacja ma wyglądać.
A może po prostu: amerykańska baza wojskowa plus amerykańscy nafciarze?
Moim zdaniem amerykańska baza wojskowa nie wystarczy. To jest wielki kraj. Nie ma wątpliwości, że Nicolás Maduro, podobnie jak Hugo Chávez, nie zasługiwał na władzę – przejął ją nielegalnie, odwoływał się do siły i gnębił społeczeństwo, które – przynajmniej w ramach opozycji – dość bohatersko stawiało opór.
Ten proces nie dokona się szybko ani łatwo, bo czynników jest niezwykle wiele. To nie jest tak, że amerykańscy nafciarze zostaną przyjęci z otwartymi ramionami. Ludzie z otoczenia Maduro mieli koncesje i swobodę czerpania zysków z poszczególnych sektorów gospodarki i nie będą zadowoleni z amerykańskiego patronatu. Część z nich być może się ułoży, ale nie wszyscy.
Poza tym Wenezuela obecnie funkcjonuje na bardzo ograniczonym poziomie wydobycia i transportu ropy – zdaje się, że to około pięciu procent wcześniejszego potencjału. To efekt przestarzałej infrastruktury i braku inwestycji. Dla amerykańskich inwestorów to sytuacja wysokiego ryzyka. Będą się zastanawiać, czy państwo będzie stabilne i czy warto inwestować, skoro za kilka lat może zajść konieczność wycofania się. To zbyt duży projekt, by wystarczyły rozwiązania typu baza wojskowa i nafciarze.
Czy rzeczywiście zasada domina mogłaby tu zadziałać? Marco Rubio mówi o Kubie, Donald Trump o Kolumbii. Czy pani spodziewa się, że to będą kolejne miejsca ewentualnej interwencji USA?
Tego nie wiem. Na razie te deklaracje mają raczej charakter grożenia palcem. W tej interwencji chodziło zapewne o zyski, choć nie wiemy jeszcze dokładnie, jakie. Poza zyskami wewnętrznymi – Donald Trump uzasadnia swoje wcześniejsze działania skutecznością operacji. Trzeba przyznać, że militarnie była ona skuteczna. Maduro spodziewał się próby pojmania, miał pełną ochronę, a jednak Amerykanom udało się go wywieźć z kraju. Donald Trump chwali się tą sprawnością sił amerykańskich.
Pytanie brzmi, czy ta skuteczność militarna wystarczy do stworzenia rzeczywistości, jakiej oczekiwaliby Amerykanie i Wenezuelczycy. Jeżeli tak, może to otworzyć furtkę do realizacji tego, co Trump nazywa doktryną „Donroe” – nawiązującą do doktryny Monroe’a – czyli uznania obu Ameryk za sferę wpływów Stanów Zjednoczonych.
Skoro mówimy o zachodniej hemisferze, pojawia się też kwestia Grenlandii. Czy to dzielenie globu na wschodnią i zachodnią półkulę należy traktować dosłownie?
Nie, to raczej umowny podział. Słyszymy dziś o różnych egzotycznych konfiguracjach – choćby o tym, że Kanada mogłaby być w jakiś sposób związana z Unią Europejską. Geograficznie to się nie składa, ale politycznie już tak.
W przypadku Stanów Zjednoczonych chodzi dziś o bezpośrednią kontrolę nad regionem Karaibów i Ameryki Łacińskiej. Z jednej strony o zachowanie wpływów, z drugiej o wykorzystanie regionu osłabionego historyczną dominacją USA. Relacje Ameryki Łacińskiej ze Stanami były trudne – poczucie przytłoczenia i wykorzystywania jest tam silne i potwierdzone historycznie.
Donald Trump mówi wprost: wracamy do świata, w którym Ameryka manifestuje swoją dominację. Przy okazji załatwia się też sprawy wewnętrzne – interwencje i groźby wobec Kuby czy Kolumbii służą kreowaniu wroga zewnętrznego. To mechanizm zdejmujący odpowiedzialność z polityków za niedostatki systemu. Wielu wyborców w tę narrację wierzy.
Niepokoi także zdawkowa reakcja Europy i Rosji. Czy to może być powrót do nieformalnej zasady: my nie mieszamy się w Wenezuelę, wy w Ukrainę?
To prawdopodobnie jakaś forma gry z Rosją, choć nie wiemy jeszcze, jaka dokładnie. Wpływy rosyjskie w Wenezueli były i pozostają silne. Świat zareagował z opóźnieniem, bo wpadł w stupor. To, co zrobiła administracja Trumpa, to złamanie prawa międzynarodowego i amerykańskiego.
Europejscy liderzy są w trudnej sytuacji, bo wciąż zależą militarnie od USA. Obowiązuje zasada: nie drażnić lwa. Tymczasem coraz wyraźniej wyłania się obraz nowego imperium – już nie „dobrotliwego”. W Polsce obecność amerykańska była synonimem bezpieczeństwa. Pytanie, czy ten świat właśnie się nie kończy.
Na koniec: jak to wszystko może wpłynąć na notowania Donalda Trumpa, zwłaszcza w roku 250-lecia Deklaracji Niepodległości?
To kluczowe pytanie. Na poziomie publicznych obchodów zobaczymy zapewne festiwal fajerwerków i narrację o „czynieniu Ameryki znów wielką”. Ale pytanie brzmi, czy Amerykanie kupią historię łączącą reżim Maduro z narkoterroryzmem i kryzysem fentanylowym. To co najwyżej półprawda.
Jeśli wyborcy poczują się bezpieczniej – notowania mogą się nie zmienić. Jeśli jednak dostrzegą lukę w uzasadnieniu i fakt, że Kongres nie wyraził zgody na użycie siły, mogą uznać, że działania odbyły się za ich plecami. Wtedy brak zaufania do prezydenta może się pogłębić.
Komentarze (1)
Najnowsze
-
19:13
TCS - Kot 17. w Bischofshofen, wygrał Tschofenig, a Prevc zdobył Złotego Orła
-
17:28
Czekali na to od lat. Ważna decyzja dla Krynicy-Zdroju
-
17:16
W Tarnowie... w białej bryczce
-
15:24
Wicepremier Kosiniak-Kamysz: są już terytorialsi, będzie też zawodowe wojsko w Tarnowie
-
14:58
Śmiertelny wypadek na torach w Białym Dunajcu
-
14:50
Tłumy na krakowskim Orszaku Trzech Króli
-
14:32
Noworoczne spotkanie PSL w Tarnowie. Kosiniak-Kamysz: bezpieczeństwo i silne sojusze to priorytety
-
13:27
Spore utrudnienia na drodze w powiecie limanowskim
-
12:28
Nowy Sącz w koronach. Tak świętowano Objawienie Pańskie
-
12:10
Skoki narciarskie: co z Wielką Krokwią? Dyrektorka COS: skocznia była gotowa
-
11:48
Minister obrony w Gdowie: „w żaden sposób nie mamy powodów, żeby żałować dyktatora”
-
10:35
Powroty z długiego weekendu. Na drogach jest bardzo tłoczno