"Porody będą w dużych miastach"
W pani ocenie Ministerstwo Zdrowia i w ogóle rząd panują nad procesem zamykania w Polsce porodówek?
- To proces, który wynika z tendencji demograficznych. Przeczytałam wczoraj artykuł, który mnie zaniepokoił. Jest odpływ młodych z peryferii i napływ do dużych miast. To wielkie wyzwanie dla dyrektorów mniejszych szpitali. Porodów tam nie będzie, bo będą w dużych miastach.
Oddział, który przyjmuje półtora porodu dziennie i generuje każdego miesiąca milion złotych straty, tak jest w Wadowicach, jest do uratowania czy nie?
- To decyzja organu prowadzącego, który w części finansuje szpital. Powinni się spotkać samorządowcy, dyrektorzy i NFZ. To ważne decyzje. Można zamknąć, ale potem trudno to odtworzyć. Jak jednak oddział generuje wielkie długi, nie dziwię się. To trudne decyzje.
W Małopolsce w ubiegłym roku zamknięto trzy porodówki. 1 lutego ma zostać zamknięta ta wspomniana, w Wadowicach. Czy w Małopolsce państwo nadal gwarantuje dostęp do świadczeń medycznych, w tym wypadku do oddziałów ginekologiczno położniczych?
- Wydaje mi się, że tak. Nie ma jednego szpitala w Małopolsce. Patrzę z perspektywy południa Małopolski. Mamy szpital powiatowy w Limanowej, w Nowym Sączu jest szpital wojewódzki, jest szpital prywatny gdzie są porodówki. Jest szpital w Brzesku. Nie jest tak, że pokrycia nie ma. Co jednak zrobić, żeby przetrwać potężny niż demograficzny?
Wsparcie podatkowe dla rodzin?
Co z położnymi i pielęgniarkami, które niemal z dnia na dzień stracą pracę w Wadowicach? To nie tylko przecież osobiste dramaty, ale także utrata kształtowanych przez lata kompetencji szpitala.
- To zadanie dyrektora szpitala i organu prowadzącego. Dyrektor musi zapewnić tym ludziom pracę, może na innych oddziałach.
To jest prawie 100 osób. Trudno liczyć na to, żeby ta setka została i miała na innym oddziale pracę.
- Jak jednak na oddziale nie ma pracy, co dyrektor ma zrobić? Musi podjąć trudną decyzję. To tragedie i wielka krytyka społeczna.
Pani była związana z tą branżą, zanim pani stała się parlamentarzystką. Co by pani powiedziała dzisiaj tym zwalnianym osobom, które prawdopodobnie stracą pracę?
- Jakbym była na miejscu dyrektora, poprosiłabym o spotkanie z organem prowadzącym, żeby ten wyraził akceptację, lub powiedział, że jest możliwe dokładanie do budżetu szpitala środków, żeby niwelować ten dług.
Co systemowo można zmienić, by jakoś polepszyć sytuację szpitali powiatowych?
- Systemowo można zrobić wiele, ale efekt tych działań nie będzie widoczny od razu. Ludzie myśleli, że po wprowadzeniu 500+ zwiększy się dzietność. Nie o to chodzi. To nie wpłynęło na więcej urodzeń. Młodzi ludzie potrzebują stabilizacji, mieszkania, przedszkola, zatrudnienia i wsparcia. Niedługo z rządu wyjdzie propozycja wsparcia podatkowego dla rodzin, które będą miały więcej niż dwoje dzieci.
"Nie będzie obywateli, nie będzie państwa"
Rozumiem, że mówi pani o nowej propozycji związanej z jednej strony z redukcją biedy, z drugiej w związku ze wskaźnikami demograficznymi?
- Tak. Były kiedyś rozmowy o ulgach podatkowych dla rodziców, którzy mają dwoje, troje dzieci. Jak będzie namacalna pomoc, nie tylko na początku, ale na dłuższą metę, to wpłynie na decyzję młodych ludzi. Nikt nie zmusi nikogo do posiadania dzieci. Widzimy model rodziny dziś. Ludzie nie mają dzieci, albo jedno. To za mało. Za jakiś czas Polska zacznie wymierać. Nie będzie obywali, nie będzie państwa. To zadanie dla wszystkich.
Ten program, o którym pani mówiła, to będzie program Polskiego Stronnictwa Ludowego, czy projekt rządowy?
- Żeby program był skuteczny, powinien być rządowy. Trzeba to przemyśleć, uzgodnić. Młodzi ludzie potrzebują wsparcia długofalowego. To musi być oparte na dobrym prawie.
W zakresie ulg podatkowych?
- Tak jest.
Prawo i Sprawiedliwość odpowiedziało już Ludowcom na wezwanie do debaty o polskim rolnictwie? Do takiej dyskusji zachęca między innymi minister Krajewski. Czy będą państwo rozmawiać o tym, co stało się po ratyfikacji choćby umowy z Mercosurem?
- Zachęcamy i liczymy na rozmowę. Prosto jest się wybielać i mówić, że to wina rządu. Pan doskonale wie, że prawda leży gdzieś indziej. Te działania rozpoczęły się od 2016 roku. Były dokumenty podpisywane przez naszych poprzedników. One rozpoczynały proces rozmów nad wprowadzeniem umowy z Mercosur. Rozmowa powinna się odbyć. Powinna być publiczna, żeby obywatele usłyszeli prawdę. Rząd musi wesprzeć rolników, podnieść wymagania dla żywności z Mercosur, żeby to nie była tania konkurencja dla naszej żywności.
Pani jednoznacznie odpowiada na pytanie, czy Polska rzeczywiście tylko straci na tej umowie?
- Umowa ma wiele zapisów. Każdy z nich generuje jakieś obowiązki i możliwości. Teraz jedynym środowiskiem, które powinno się wypowiedzieć, to rolnicy. Nie politycy. Rolnicy produkują, ponoszą koszty i ryzykują. Oni powinni ocenić sytuację. Państwo powinno się zastanowić i ewentualnie szukać nowych rynków zbytu dla naszych produktów.
Chociaż w eksporcie to kilkanaście procent, jeśli chodzi o rolnictwo. To nie jest jakiś duży wolumen. Też wszyscy mówimy o rolnikach, ale są inne grupy zawodowe, które być może skorzystają na tej umowie?
- Umowa ma różne zapisy i obowiązki. Nie dotyczy tylko rolników. Rozmowy powinny się odbyć, żeby było wiadomo, gdzie jest prawda.
"Nie znam posłów Polski 2050, którzy gdzieś by chcieli przejść"
Dzisiaj zbiera się Rada Krajowa Polski 2050, która znalazła się w największym kryzysie w historii tego ugrupowania. Jakimiś nadzwyczajnymi notowaniami nie może się też PSL pochwalić. Czy dziś w szeregach Ludowców słychać opinie, że zakończenie tej historii związanej z Trzecią Drogą to był jednak błąd?
- Tworząc porozumienie wyborcze w 2023 roku, kiedy razem z Polską 2050 byliśmy na listach, umówiliśmy się, że to projekt wyborczy. Każda z partii ma swoją suwerenność. Jedna partia drugiej nie mogła dyktować, co ma robić. To decyzja Polski 2050, kogo wybiorą na swojego szefa. Problemy przy głosowaniu w II turze mogą sprawić, że Szymon Hołownia przemyśli ofertę startowania na szefa i on będzie kandydatem.
Są dzisiaj politycy Polski 2050, którzy pukają do drzwi PSL? Zna pani takie osoby?
- Nie. Rozmawiamy ze sobą. Jesteśmy w koalicji, znamy się. Są rozmowy normalne ws. projektów ustaw. Nie jest to nadzwyczajne. To się dzieje cały czas. Nie znam posłów Polski 2050, którzy gdzieś by chcieli przejść.
Została pani członkiem rady parlamentarzystów przy prezydencie Karolu Nawrockim. Co będzie pani chciała poradzić prezydentowi? Jakiej rady udzielić ze strony parlamentu?
- Ta rada ma jedno zadanie - powinna zachęcać do dialogu i rozmów merytorycznych, nie politycznych. Takie jest zadanie tej rady.