Fot. ilustracyjne/Pexels
Według najczarniejszych prognoz za 75 lat liczba mieszkańców Polski może spaść nawet do 14 milionów. Tych trendów nie da się odwrócić, można je co najwyżej spowolnić?
Najczarniejszy scenariusz jest jeszcze bardziej pesymistyczny. Czternaście milionów prognozowano przy dzietności na poziomie 1,3 dziecka na kobietę. Dziś to już nieaktualne. Gdyby utrzymał się wskaźnik 1,1, mówilibyśmy raczej o około 11 milionach mieszkańców pod koniec wieku.
Ale nie jesteśmy skazani na nieustanny spadek. Te trendy można spowolnić, a nawet zatrzymać - choć to wymaga kompleksowych działań.
Od czego należałoby zacząć? Jeszcze niedawno w centrum debaty były żłobki i przedszkola.
W wąsko rozumianej polityce socjalnej wciąż jest pole do działania. Kluczowe byłoby znaczące podniesienie tzw. „kosiniakowego”, czyli świadczenia dla matek nieuprawnionych do zasiłku macierzyńskiego. Dziś otrzymuje je wiele kobiet, a jego wysokość jest niska. Podniesienie go do poziomu minimalnego wynagrodzenia mogłoby realnie wpłynąć na decyzje prokreacyjne.
Podobnie minimalna wysokość zasiłku macierzyńskiego - nawet jeśli liczony jest od wynagrodzenia, nie powinien być niższy niż płaca minimalna. Młode kobiety często zarabiają niewiele, więc ich świadczenia są niskie.
A mieszkania? Czy dostępność lokali to wciąż jeden z kluczowych czynników?
Zdecydowanie tak. Dla młodych ludzi stabilna praca i własne mieszkanie to fundament decyzji o dziecku. Problem w tym, że osoby zatrudnione na czas określony często nie mają zdolności kredytowej. Bez wsparcia rodziny muszą odkładać decyzję o przeprowadzce i założeniu rodziny.
A gdy myślą o drugim dziecku, samo „mieszkanie na swoim” już nie wystarcza -– liczy się metraż. Tymczasem w dużych miastach dominują niewielkie lokale, na które młodych ludzi po prostu stać.
Ale bezrobocie w Krakowie to około 2,5 proc. To nie jest rynek pracownika?
Sam fakt posiadania pracy to za mało. Liczy się poczucie bezpieczeństwa. W Polsce wciąż powszechne są umowy czasowe - nawet w stabilnych instytucjach. Młodzi pracownicy latami funkcjonują na kontraktach terminowych, choć mogliby otrzymać umowy na czas nieokreślony. To podważa stabilność życiową.
W książce dużo miejsca poświęca pan luce edukacyjnej i zjawiskom homogamii oraz hipergamii. Dlaczego to takie ważne?
Bo zanim zaczniemy mówić o dzieciach, musi istnieć para. Tymczasem około 45 proc. młodych dorosłych przed trzydziestką nie ma nawet partnera czy partnerki. A małżeństwa mają przeciętnie około dwojga dzieci - więc problemem jest także to, że związki powstają późno albo wcale.
Homogamia oznacza, że łączą się osoby o podobnym statusie społeczno-ekonomicznym. Hipergamia - że kobiety preferują partnerów o nieco wyższym statusie: starszych, lepiej zarabiających, z wyższą pozycją zawodową. To daje poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie podobieństwo sprzyja budowaniu relacji.
A luka edukacyjna?
W Polsce około połowa kobiet w wieku 25–34 lata ma wykształcenie wyższe. Wśród mężczyzn to około 30 proc. To oznacza, że część kobiet nie znajduje partnerów o podobnym statusie edukacyjnym. W dużych miastach, takich jak Kraków, ten problem jest jeszcze wyraźniejszy - kobiety częściej kończą studia, a miasta przyciągają je ofertą pracy w usługach i administracji.
Efekt? Część z nich pozostaje singielkami nie z wyboru, lecz z braku odpowiednich partnerów.
Czy migracja może rozwiązać problem demografii? Pojawiają się wyliczenia mówiące o potrzebie przyjęcia niemal trzech milionów migrantów w dekadę.
To wyliczenia ZUS. I w praktyce są niewykonalne. Po pierwsze ze względów społecznych i politycznych. Po drugie skąd mielibyśmy wziąć taką liczbę osób? Ukraina czy Białoruś same zmagają się z kryzysem demograficznym, a w przypadku Ukrainy dochodzi wojna.
Napływ uchodźców z Ukrainy przyniósł chwilowy wzrost liczby urodzeń, ale to efekt krótkoterminowy. Migracja nie jest trwałym rozwiązaniem problemu dzietności.
Czy zagrożenie wojną i globalne konflikty wpływają na decyzje o dzieciach?
Negatywnie. W krajach rozwiniętych potrzeba bezpieczeństwa jest kluczowa. Stabilna praca, trwały związek, własne mieszkanie - to wszystko zwiększa gotowość do rodzicielstwa. W sytuacji zagrożenia ludzie odkładają decyzje. A część odłożonych urodzeń nigdy nie dochodzi do skutku - choćby z powodu wieku kobiety.
Co zatem należałoby zrobić, by osłabić te negatywne trendy?
Podnieść świadczenia dla matek, zwiększyć udział umów na czas nieokreślony wśród młodych, poprawić dostępność mieszkań i kredytów - także dla osób jeszcze bez dzieci.
Ważne jest również zmniejszenie luki edukacyjnej. Kierunki techniczne i inżynieryjne częściej wybierają mężczyźni, a dają one stabilne i dobrze płatne zatrudnienie, co zwiększa ich atrakcyjność na rynku matrymonialnym.
Nie można też pomijać wpływu mediów społecznościowych, smartfonów, pornografii czy komunikatów lękowych. Coraz częściej wskazuje się, że to jedna z kluczowych zmiennych tłumaczących gwałtowny spadek dzietności w ostatnich 15 latach - także w krajach nordyckich czy we Francji.
Jak ocenia pan poziom debaty publicznej o demografii?
Często jest nieadekwatna do skali problemu. Pojawiają się uproszczenia - że migracja zastąpi dzietność albo że w obliczu zmian klimatu dzieci są zbędne. Tymczasem badania pokazują, że czynniki klimatyczne nie mają decydującego wpływu na liczbę urodzeń.
Dziś kluczowym problemem w Polsce jest kryzys związków - a na to nie odpowiedzą ani ulgi podatkowe, ani żłobki, ani kolejne transfery w rodzaju 800 plus.
Gościem Radia Kraków był Mateusz Łakołmy, ekspert do spraw demografii, autor książki Demografia jest przyszłością.