Na początek pozwoli pan, że zacytuję fragment wpisu pana partyjnej szefowej - Katarzyny Pełczyńskiej- Nałęcz sprzed kilku dni. „W szpitalu w Warszawie funkcjonowała ścieżka VIP dla partyjnych kolegów, polityków KO. Szpitalem zarządza warszawski samorząd, a nadzoruje go trzech wiceprezydentów miasta. Miasta, w którym od 20 lat rządzi ta sama ekipa. Patologii ze Szpitala Południowego by nie było, gdyby nie to, że Warszawa od 20 lat działa jak układ zamknięty grupy trzymającej władzę”. Myślę, że żaden polityk PiS lepiej by tego nie ujął.
- To nie ważne, czy to polityk PiS, KO, czy Polski 2050. To, co się działo, nie powinno mieć miejsca. To skandaliczne, jak doniesienia się potwierdzą. Żadna legitymacja partyjna nie jest biletem fast-track w szpitalu. To mocne słowa pani przewodniczącej. Ona zwróciła uwagę na problem, który jest. Oby to nie zostało zamiecione pod dywan.
Pytanie, czy ten problem rzeczywiście jest, ten konkretny problem z tym salonikiem VIP i fast-trackiem, jak pan powiedział. Skąd tak naprawdę państwo o tym wiedzą? Wiedzą państwo o tym z Kanału Zero. Opieranie się wyłącznie na materiale Kanału Zero może być troszkę ryzykowne. Żeby panu udowodnić, zacytuję panu inny fragment wypowiedzi pani Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, tym razem z września 2025 roku. „Kanał Zero wyprodukował na mnie materiał-paszkwil, który totalnie przeinaczał rzeczywistość. Materiał Kanału Zero przedstawił mnie jako działającą wbrew i kosztem ludzi”. No to takie zaufanie do tego Kanału?
- Nie chodzi o zaufanie do Kanału Zero. O tej sprawie huczą wszystkie media.
Na podstawie publikacji Kanału Zero.
- Tak. Także Radio Kraków bierze sobie za punkt wyjścia materiał Kanału Zero.
Takich stanowczych wypowiedzi nie emitujemy.
- Wiemy z dokumentów, że doktor zarabiał 1,6 miliona i nagle zrobił korekty faktur i oddał pół miliona.
Nikt temu nie zaprzecza. Natomiast jeśli chodzi o ten salonik VIP, to na razie dowodów na to nie ma.
- Na razie dowody potwierdziły się w dokumentach. Są nie tylko doniesienia medialne. To skandal. Rozumiem, że lekarzom należy się godne wynagrodzenie. Nie może być jednak tak, że lekarz udaje, że pracuje. To oszustwo.
To wszystko się zgadza, tu nie ma w ogóle dyskusji. Tylko pani Pełczyńska-Nałęćz nie pisała o lekarzu zarabiającym 1,6 miliona bez specjalizacji, tylko o saloniku VIP i szybkiej ścieżce.
- Mamy stamtąd lekarza, który mówi o dalszych, drastycznych okolicznościach…
Ten sygnalista wczoraj był wezwany do prokuratury. Nie odpowiedział na żadne pytanie.
- Nie rozumiem jego linii funkcjonowania. Skoro przedstawił pewne rzeczy w Kanale Zero, uważam, że…
Powiedzmy, bo może nie wszyscy wiedzą. On zarzucił, że przez błędy lekarzy, nieodpowiednio kierowanych przez tego byłego radnego Koalicji Obywatelskiej, ginęli tam po prostu ludzie.
- Jeśli do tego dochodziło, trzeba to wyjaśnić do cna. Dziwię się panu doktorowi Emilowi, że nie złożył zeznań. Powiedział, że je złoży w obecności swojego pełnomocnika. Jestem adwokatem. Jak mój klient nie chce składać zeznań czy wyjaśnień bez mojej obecności, to informuję przez telefon tego policjanta czy prokuratora, że przyjdzie, ale z mecenasem. Mecenas dzwoni i umawia termin. To nie powinno tak wyglądać. Dziwne jest zachowanie pana doktora. Oby organy ścigania to wyjaśniły. Jest kontrola NFZ, NIK, prokuratury. Patologię trzeba wypalać gorącym żelazem.
Mówiliśmy już o zarobkach lekarzy, a konkretnie tego 28-latka, który ten 1 milion 600 tysięcy wyciągnął w jednym tylko Szpitalu Południowym. Jest ustawa, która bardzo szybko, w prawie pisowskim tempie, przeszła przez Sejm w sprawie zarobków lekarzy. Czy powinna być też ustawa, która te zarobki ograniczy? Będzie jakiś limit, przynajmniej w publicznych placówkach?
- Moim zdaniem powinniśmy się skupić na limicie godzin pracy lekarzy. To byłoby dobre rozwiązanie. Nagle lekarze między szpitalami „wykupują się”. Dyrektor jednego szpitala potrzebuje anestezjologa, ale on pracuje w innym szpitalu, to ja ci dam 3 tysiące więcej. To tamten szpital mówi, to ja ci też dosypię te 3000 więcej. Nagle dwa szpitale państwowe… Płaci za to obywatel. Jeden szpital chce zabrać anestezjologa, drugi go zatrzymać. To skomplikowane. Ja nie wiem, jak to rozwiązać. Tym powinni zająć się ludzie, którzy się znają na służbie zdrowia. Ja mogę mówić o sądownictwie, na tym się znam. Jak nie wiem, nie wypowiadam się.
Dlaczego Szymon Hołownia zrezygnował z bycia wiceprzewodniczącym Polski 2050 Szymona Hołowni? Bo to wciąż przecież jest oficjalna nazwa partii.
- Nie. Nazwa się zmieniła. To wynik pewnych zmian statutowych. Powstało nowe ciało – przewodniczący Rady Krajowej. Rada Krajowa powołuje i odwołuje członków zarządu. Przewodniczący nie może być członkiem zarządu. Jak ma być kontrola, nie można być w obu organach. Nie doszukiwałbym się tu podtekstów.
Należy pan do utworzonej przez Szymona Hołownię w mediach społecznościowych grupy „Umiarkowani”. Jak czytamy, Szymon Hołownia zaprasza tam ludzi myślących tak samo, albo zgadzających się z nim w 95%.
- Ja z Szymonem mam regularny kontakt. Nie muszę być w jakiejś grupie.
Czyli nie jest pan w tej grupie?
- Nawet nie wiem. Staram się ograniczać swoją aktywność w mediach społecznościowych. Mam pełne zaufanie do marszałka Hołowni. Wydaje mi się, że on ma pełne zaufanie do mnie.
Co z tym przewodniczeniem klubu? Wczoraj Fakty TVN powiedziały, że Szymon Hołownia być może zamierza zostać szefem klubu Polski 2050. Pan zwolni mu stanowisko?
- To tak nie działa. Jak staną przede mną wyzwania – są dwa cele – i nie będę w stanie pełnić obowiązków szefa klubu, wtedy zrezygnuję. To potężna robota. To nie tylko spotkania, negocjacje i z innymi klubami, ale kontrolowanie poprawek, weryfikacja komisji, podejmowanie decyzji. Jak jestem w Warszawie, gros czasu to kierowanie klubem. To ciężka robota po 20 godzin na dobę.
O tych wyzwaniach. Czy jednym z tych wyzwań jest pana start w wyborach prezydentckich w Krakowie? Już jakieś dwa tygodnie temu pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ogłosiła, że partia ma bardzo dobrą osobę, która w tych naszych krakowskich wyborach może wystartować i że tą osobą jest pan.
- Miło mi, że jestem tak postrzegany. To tak odpowiedzialne zadanie i decyzja, która wpływa na wiele aspektów życia politycznego i osobistego. Dotyczy to przyszłości najpiękniejszego miasta w Polsce - Krakowa. Zarządzanie miastem, gdy jest taka Rada Miasta… Nowy prezydent będzie miał trudne zadanie. Mamy wielką dziurę budżetową.
Będzie pan startował w wyborach czy nie?
- Nawet nie ma jeszcze ogłoszonych wyborów. Nie wiemy, czy będą ogłoszone. Jest zażalenie do Sądu Apelacyjnego. On ma 30 dni na rozpoznanie tego. Materiał jest olbrzymi. Czekam, co się wydarzy z wyborami i czy one w ogóle będą.
Może to pana wahanie wynika nie tylko z faktu, że wybory jeszcze nie zostały ogłoszone, ale z faktu, że przedwczoraj został opublikowany sondaż, zrobiony przez IBRIS. W tym sondażu uzyskał pan okrągłe 0%.
- Tak. Nie dziwię się. Nie prowadzę kampanii, nie powiedziałem, czy będę startował. Ludzie nawet nie wiedzą, że mógłbym zostać prezydentem. Jakbym się ogłosił, wynik byłby inny. Jakbym prowadził prekampanię, jak pani poseł Gosek-Popiołek, byłbym zauważony. Nie prowadzę żadnych działań.
Gdyby pan jednak nie wystartował, to może poprze pan kogoś z obecnie rządzącej koalicji, której pan jest przecież częścią? Dwójka kandydatów na razie tych koalicyjnych jest, czyli pani Gosek-Popiołek z Lewicy i pani Monika Piątkowska wystawiona przez KO. i PSL. Do której z pań panu bliżej?
- Nie podjęliśmy żadnej decyzji. Krakowem powinien rządzić ktoś, kto miasto czuje, kto miasto zna, kto wie, ile się tramwajem jedzie z Placu Inwalidów pod Pocztę Główną i wie, że bilet 15—minutowy nie wystarczy. To musi być ktoś, kto wie, ile kosztuje parkowanie w Krakowie, że strefa nie może być 7 dni w tygodniu 20 godzin na dobę. Łatanie dziury budżetowej w mieście nie może być kosztem mieszkańców, ale kosztem turystów. Uważam, że ustawa, którą Polska 2050 złożyła - o opłacie turystycznej - to wyzwanie do zrealizowania.
To był wstęp do pana kampanii, czy to było wskazanie na którąś z kandydatek?
- To było pokazanie, że znam miasto i chodzę tymi ulicami.