Tadeusz Marek: „Walnęliśmy głową w mur obyczajowości” - tak mówiłeś o „Lubiewie”, był też inny skandal, czyli „Drakula” w Kielcach, kiedy to połączyłeś kultowy tekst z Markizem de Sade, Pasolinim i Marią Janion, a ówczesny dyrektor zerwał z tobą współpracę. Byłeś skandalistą?
Piotr Sieklucki: W Kielcach zrobiłem w sumie koło dziesięciu spektakli, za świętej pamięci Piotra Szczerskiego. Zawsze to były wspaniałe spektakle, zawsze się udawały. Miałem cudowne relacje z zespołem. Oczywiście byłem taki czasem buntowniczy, chojrak taki agresywny. Dziś by to nie przeszło. Na szczęście w książce Igi Dieciuchowicz się nie znalazłem.
Masz grzechy, których żałujesz?
Jako reżyser mam grzechy. Ale dlatego, że tak byłem uczony. To się tak wydawało, że trzeba ryknąć, że trzeba rzucić krzesłem. Tego byliśmy uczeni. Polony była najbardziej przemocowym pedagogiem. Człowiek wchodził w te legendy o Dejmku, który krzyczał, który pobił aktorów. Człowiekowi, który ma dwadzieścia parę lat, wydaje się, że tak chyba trzeba. Wielkość mierzy się agresją reżysera...
Fascynacja legendami...
Ja byłem – jak to brzmi! - ostatnim pokoleniem ocierającym się o największych. Miałem i Trelę, i Stuhra, i Lubaszenkę, i Karkoszkę, i Polony, i cudownego Bogdana Hussakowskiego. To byli ludzie z poprzedniej epoki teatru, ludzie szaleństwa. Byłem wychowany przez to pokolenie. Do tej pory niedobrze się czuję w atmosferze „owocowych czwartków”.
Jesteś starym boomerem.
Może tak. Tego byłem uczony, za tym tęsknię. Za grzechami jednak nie tęsknię, wiele ich popełniłem.
Kiedy przyszedł taki moment, że stwierdziłeś: trzeba inaczej?
(śmiech) Kiedy nadciśnienie tętnicze walnęło z przepracowania. To było pięć lat temu. Dopiero po czterdziestce to zweryfikowałem. Uznałem, że trzeba schudnąć, trzeba dobrze się odżywiać. Teraz trenuję, biegam, ćwiczę prawie codziennie, szanuję swój czas na sen i tak dalej. Zmieniłem się.
A gdybyś przeniósł się do tego 2006 roku i wyobraził sobie, że jesteś tym dwudziestosześciolatkiem, to co było wtedy twoim największym marzeniem?
Żeby być dyrektorem Teatru Słowackiego. Patrzyłem na ten Teatr Słowackiego i mówiłem: będę tu kiedyś dyrektorem.
Teraz patrzę na pracę kolegów – dyrektorów i myślę, że dobrze się stało, że robię teatr na własnych zasadach. Nie mam zespołu aktorskiego, który czasem jest największą zarazą dla dyrektora... Mówię o stałym zespole, bo to są problemy, bo to są histerie, bo to są wieczne awantury. Ktoś chce z kimś grać, ktoś nie chce, ktoś rzuca rolą…
Dobrze się stało, choć taki Teatr Słowackiego jest rzeczą piękną i to było moje marzenie. Dlatego pewnie w tych wywiadach tak atakowałem Krzyśka Głuchowskiego.
Gdybym mógł zacząć jeszcze raz na pewno nie poszedłbym na wojnę z moją uczelnią, a poszedłem na totalną wojnę. Po prostu w dobrej wierze stanąłem po stronie swoich byłych starych pedagogów, profesorów, którzy zostali bezpardonowo wyrzuceni. Przyszło nowe pokolenie, które zmiotło stare obyczaje, zwyczaje, może i starą klasę.
Ale ta stara klasa nie zawsze była klasą...
To prawda, ale wtedy wydawało mi się, że jest inaczej… Wiele bym zmienił.
Piotrze, rozmawiamy w przeddzień Dnia Dziecka. Gdyby siedział przede mną sześcioletni Piotrek, może Piotruś…
Klopek. Babcia mówiła na mnie „Klopek”.
A zatem o jakich marzeniach opowiedziałby Klopek?
Moim wielkim marzeniem zawsze było być Michaelem Jacksonem, wokalistą. Brałem długopis, śpiewałem do długopisu. Chciałem być księdzem, odprawiałem wyimaginowane msze. Miałem trudne, nietrudne, zwariowane dzieciństwo. Pasałem krowy, kochałem wieś, zawsze z jakąś książką.
Bardzo źle się uczyłem w podstawówce. Byłem takim przykładem tłuka, ale naprawdę tłuka. Dziecko, które, które nie jest w stanie zrozumieć najprostszych rzeczy z matematyki czy języka polskiego. Gdzieś mi się to odblokowało w ósmej klasie szkoły podstawowej.
W końcu trafiłem do cudownego XXII LO we Wrocławiu, w którym dyrektor powierzył mi klucze do auli i powiedział: „Trzymaj, będziesz robił teatr”. I robiłem przez cztery lata. W wieku siedemnastu lat zostałem dyrektorem (śmiech).
Masz miejsca w swojej pamięci, w których się chronisz, kiedy jest ci trudno?
Moim takim miejscem dobrym jest mój dom rodzinny pod Wrocławiem, tam, gdzie pasałem krowy i gdzie chodzę czasami tymi, tymi ścieżkami, tym lasem i tak rozmawiam z tym małym Piotrusiem.
I co on Ci wtedy mówi?
Że dobrze się stało, nie? Że dobrze jest. Wiesz, to moje takie wewnętrzne dziecko, które gdzieś tam chroniłem i które cierpiało, miało marzenia, czuło w sobie, że coś jest z nim nie tak…
Co było nie tak?
Mówię o orientacji. To takie jakieś pełne wstydu, oszukiwania siebie, oszukiwania rodziny. Dziecko czuje, że dobrze się stało. Żyję w Krakowie w jakiejś swojej bańce, żyjemy w tym teatrze trochę jak w rodzinie. Dzisiaj jest inaczej. To są kompletnie inne czasy.
Wtedy to było skandalem. Pamiętaj, jak Polony waliła po prostu "Aktor musi być męski, a nie te cioty wszędzie". Wiesz, trzeba było się chować.
Jak ci się udało tego Piotrusia w sobie ocalić?
Chyba zacząłem spełniać te marzenia o miłości, związku, o zbudowaniu bardzo mocnych więzi nawet ze swoją widownią. Żałuję tylko, że nie zacząłem szybciej dbać o zdrowie.
A za co jesteś sobie najbardziej wdzięczny?
Za konsekwencję. Że się nie poddałem. Że były momenty takie, w których czułem, że nie chcę tego teatru robić. Ale mimo to się udawało.
Pełnej rozmowy posłuchaj w podkaście.