Stanisław P. składał wyjaśnienia przed sądem - jako świadek, nie oskarżony
Stanisław P. składał wyjaśnienia przed sądem - jako świadek, nie oskarżony. Podczas rozprawy tłumaczył, że w 2002 roku, po tym jak został wezwany do ówczesnego biskupa tarnowskiego Wiktora Skworca i dowiedział się o donosach, poprosił o zwolnienie z funkcji proboszcza w Woli Radłowskiej i o urlop.
Dopytywany przez sąd, czego dotyczyły te doniesienia, przyznał, że chodziło o oskarżenia o molestowanie chłopców. Po zakończeniu urlopu ks. Stanisław P. zwrócił się do biskupa z prośbą o możliwość wyjazdu do pracy na Ukrainę.
Zapytany przez prokuratora Marcina Stępnia, która kara byłaby dla niego surowsza – wydalenie ze stanu duchownego czy kara pozbawienia wolności – odpowiedział:
"Wydalenie było dla mnie straszne, nie do przeżycia.".
Stanisław P. został wydalony z kapłaństwa w 2023 roku.
Na pytanie prokuratora Marcina Stępnia, czy były ksiądz wie, że w Polsce w pierwszej kolejności obowiązuje prawo karne, a nie kościelne, odpowiedział, że wie i że nie przeżyłby więzienia.
Niemal wszystkie zarzucane czyny 73-letniemu dziś Stanisławowi P. przedawniły się.
Zdaniem prokuratury tak by się nie stało, gdyby Diecezja Tarnowska wcześniej powiadomiła o podejrzeniach wobec księdza P.
Wczesne sygnały i kościelne postępowanie
Pierwsze informacje o nieobyczajnych zachowaniach księdza Stanisława P. dotarły do ówczesnego biskupa tarnowskiego Wiktora Skworca na początku lat 2000. Do kurii zgłosili się wtedy rodzice dzieci ze szkoły w Woli Radłowskiej.
Abp Wiktor Skworc na początku marca przed sądem przekonywał, że każde takie zgłoszenie traktował bardzo poważnie. Miał zlecić przeprowadzenie dochodzenia wstępnego. Skworc nie wiedział jednak, czy i z jakim efektem zakończyło się to postępowanie. Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć żaden z zeznających przed sądem duchownych. I pozostaje ono bez odpowiedzi, bo ksiądz, który miał je prowadzić według nie żyje.
Były już ksiądz Stanisław P., podczas rozprawy we wtorek 15 kwietnia powiedział, że po sugestii ówczesnego biskupa tarnowskiego Wiktora Skworca spotkał się z jednym z pokrzywdzonych i wypłacił mu 5 tysięcy dolarów tytułem zadośćuczynienia i pokrycia kosztów leczenia. Jak dziś zeznawał, miało to „załatwić” tamtą sprawę.
Kolejne zgłoszenia i reakcje kurii
Od 2003 do 2008 roku ksiądz Stanisław P. pracował na Ukrainie, gdzie – bo jak twierdził – tamtejsi biskupi poszukiwali duchownych do pracy. Mężczyzna przekonywał we wtorek przed sądem, że wybudował tam kościół i plebanię, ale na więcej nie miał już siły. Wrócił do Polski. I został skierowany do pracy w Krynicy-Zdroju jako spowiednik.
Niedługo później i stamtąd został odwołany z powodu napływających do tarnowskiej kurii kolejnych zgłoszeń od pokrzywdzonych. Choć 73-letni dziś mężczyzna przekonywał przed sądem, że do niego nikt osobiście się nie zgłaszał. Jak dodał po odwołaniu go z Krynicy Zdroju bp. Skworc skierował go na konsultacje do psychologa w Katowicach.
W 2013 roku Stanisław P. został skazany przez stronę kościelną i zakazano mu sprawowania czynności kapłańskich. Zamieszkał w domu księży emerytów w Tarnowie.
Każdy ma obowiązek zgłosić takie przestępstwa. Ksiądz, biskup, nauczyciel, rodzic
W marcu 2019 roku do tarnowskiej kurii wpłynęła informacja z diecezji na Ukrainie o tym, że ksiądz P. podczas wcześniejszego pobytu molestował ministrantów.
Biskup Jeż zlecił przeprowadzenie dochodzenia wstępnego, po którym zawiadomiono Watykan o tym przypadku i – jak zeznawał przed sądem biskup Jeż – oczekiwano na odpowiedź, która nadeszła po niemal roku.
Tyle że – jak przekonuje prokuratura – po nowelizacji przepisów już od połowy 2017 roku każdy, kto ma wiedzę o przestępstwach seksualnych, ma obowiązek je zgłosić.
Delegat biskupa tarnowskiego zgłosił sprawę „ukraińską” do prokuratury dopiero w sierpniu 2020 roku, po odpowiedzi z Watykanu. Na wyciągnięcie konsekwencji karnych wobec ks. P. było już za późno.
Prokuratura oskarżyła biskupa Jeża o zbyt późne powiadomienie organów ścigania. Andrzej Jeż nie przyznaje się do winy. Przed sądem przekonywał, że postępował zgodnie z procedurami.
Duchowni powoływali się również m.in. na stanowisko Prokuratury Krajowej, która miała w pewnym momencie wydać zalecenie, że obowiązek zgłoszenia przestępstwa seksualnego wobec nieletnich dotyczy tylko nowych spraw. A nie dokonanych przed 2017 roku jak te na Ukrainie przez ks. Stanisława P.
Kto jeszcze wiedział i nie powiedział?
Biskup tarnowski Andrzej Jeż przekonywał wcześniej przed sądem, że paradoksalnie, gdyby nie polecił zgłoszenia sprawy „ukraińskiej” do prokuratury w sierpniu 2020 roku, nie zostałby oskarżony.
Obrońcy biskupa zawnioskowali jeszcze o przesłuchanie pracowników Kuratorium Oświaty. Podczas przesłuchań pojawiła się bowiem informacja, że także kuratorium miało na początku lat 2000 otrzymać informacje o molestowaniu dzieci w szkole w Woli Radłowskiej przez ks. Stanisława P.
Ponadto obrońcy zawnioskowali o pozyskanie oficjalnych dokumentów m.in. z Watykanu, które miałyby potwierdzać, że do końca 2019 roku w sprawach związanych z nadużyciami seksualnymi duchownych, biskupi diecezjalni mieli obowiązek każdorazowo zwracać się do Watykanu. Ten następnie zlecał np. przeprowadzenie kościelnego dochodzenia wstępnego lub wstrzymanie się do czasu zakończenia postępowań przed sądami karnymi.
Tzw. sekret papieski zniósł pod koniec 2019 roku papież Franciszek. Od tamtej pory biskupi na całym świecie mogą i powinni powiadamiać organy ścigania równolegle z informowaniem Watykanu lub nawet wcześniej.
Z informacji przekazanych przez Prokuraturę Rejonową w Tarnowie Radiu Kraków wynika, że w śledztwie w sprawie nadużyć seksualnych na terenie parafii w południowej Polsce ustalono 82 pokrzywdzonych różnymi przestępstwami seksualnymi, których miał się dopuścić ks. P. w latach 1983–2015.
Śledztwo w tej sprawie zostało umorzone ze względu na przedawnienie czynów.
Stanisław P. jednak został skazany
Jak się niedawno okazało, Stanisław P. nie pozostał jednak zupełnie bez kary. W październiku 2024 roku został skazany przez Sąd Rejonowy w Brzesku za obmacywanie mężczyzny w Borzęcinie na karę 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Sąd wziął pod uwagę m.in., że Stanisław P. nie był wcześniej karany. Zobowiązał go do pisemnego przeproszenia pokrzywdzonego oraz zapłaty 4 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia.