Niewiedza i pieniądze – filary zooterapeutycznego rynku
Jak podkreśla prof. Urbaniak, źródłem nadużyć są przede wszystkim dwie kwestie: brak wiedzy klientów i brak kompetencji osób prowadzących sesje. Jak mówi:„Myślę, że tutaj dwoma takimi kluczowymi terminami jest niewiedza i pieniądze.” Z jednej strony więc rodzice czy opiekunowie często nie mają świadomości, jak wygląda behawior zwierząt oraz jakie są ich granice stresu. Z drugiej – prowadzący animaloterapię nierzadko nie posiadają przygotowania psychologicznego ani etologicznego, co może prowadzić do błędnych interpretacji zachowań zwierząt i ich przemęczania.Biznes kwitnie, bo – jak zauważa profesor:
nawet najbardziej wątpliwe praktyki dają się sprzedać jako „terapeutyczne”: od karmienia lam, przez głaskanie skunksów, aż po malowanie farbami kucyków.
W wielu przypadkach wyglądające na zadowolone lub zwyczajnie uległe zwierzę, przeżywa w istocie nieczytelny dla ludzi dyskomfort. W jednym z badań, przywołanym przez prof. Urbaniaka, psy wykorzystywane w dogoterapii wykazywały silny stres na poziomie hormonalnym, choć behawioralnie wyglądały na spokojne. Jednym z największych mitów zooterapii jest założenie, że zwierzęta lubią być dotykane przez obce osoby – a szczególnie przez dzieci. Tymczasem większość psów, kotów czy koni preferuje dotyk wyłącznie od dobrze znanych im opiekunów. „Brak protestu” nie oznacza zgody – często jest wynikiem wyuczonej bierności. Dodatkowym problemem jest przebodźcowanie: szpitale, przedszkola czy sale terapeutyczne to dla zwierząt środowiska obce, pełne bodźców, zapachów i dźwięków, których nie są w stanie przewidzieć ani kontrolować.
Zooterapia a uczenie instrumentalnego traktowania zwierząt
Nawet jeśli sesja wydaje się „miła”, jej konsekwencje mogą być odwrotne od zamierzonych. Małe dzieci uczą się, że zwierzę jest „atrakcją”, z którą mogą zrobić prawie wszystko – ubrać, pomalować, przytulić, bez względu na to, co może przezywać. To, jak podkreśla profesor, kształtuje niewłaściwe podejście do zwierząt na lata.
Profesor Urbaniak przekonuje, że jeśli animaloterapia ma istnieć, jej formułę należy całkowicie przebudować. Zwierzę powinno:
-
mieć możliwość wycofania się z sesji,
-
przebywać w bezpiecznej, neutralnej przestrzeni,
-
nie być dotykane przez obcych ludzi,
-
nie być narażane na nienaturalne środowisko i przebodźcowanie.
Problem w tym, że – jak zauważa – taki model nie byłby ani atrakcyjny dla klientów, ani opłacalny finansowo.To człowiek – wykwalifikowany pedagog, terapeuta lub tanatolog – potrafi monitorować emocje, dynamikę interakcji i indywidualne potrzeby drugiej osoby. Zwierzę nie ma takiej możliwości, a jego dobrostan nie powinien być poświęcany dla chwilowej przyjemności człowieka.