Uczniowie traktują je jako szansę zabawę z kolegami także z innych klas. Rodzice jako zło konieczne lub wybawienie z myślenia o opiece nad dziećmi, a nauczyciele bywają rozdarci między oczekiwaniami dyrekcji, rodziców, dzieci i własnymi planami i ambicjami. O świetlicach szkolnych rozmawiamy w programie "Przed hejnałem".
Goście: Andrzej Janczy, zastępca Dyrektora Wydziału Nadzoru Pedagogicznego Kuratorium Oświaty w Krakowie, Stanisław Bobula, psycholog dziecięcy, ojciec, mający doświadczenie dotyczące funkcjonowania świetlic szkolnych i społecznych, pan Dominik i pan Radosław, ojcowie dzieci, które korzystają ze świetlicy.
Goście programu
Głos słuchacza:
Witam serdecznie!
Pracowałam w świetlicy kilka lat temu. Owszem, jest przepis określający liczbę uczniów przypadających na jednego nauczyciela, ale załóżmy, że jest zapisanych 50 dzieci i w świetlicy jest 2 nauczycieli.
(Ale czasem nie ma, bo często etaty w świetlicy były zależne od liczby dzieci w szkole, a nie samych uczniów uczęszczających do świetlicy.)
W godzinach tzw. szczytu są wszystkie. Później po 15:30 - 16:00 często zostaje garstka. Najwięcej jest uczniów z klas pierwszych, ze starszych nieco mniej. Wszystkie dzieci trzeba zaprowadzić na obiad, jedni jedzą dłużej inni krócej, więc trzeba dzieci jakoś podzielić, jeden nauczyciel zostaje w sali, drugi na raty bierze do stołówki. I jak przydzielić konkretne dzieci do konkretnych nauczycieli?
Owszem zawsze były zorganizowane jakieś zajęcia: plastyczne, ruchowe, czytanie, konkursy, wyjścia na boisko, odrabianie lekcji. Dzieci wychodziły też na kółka zainteresowań czy zajęcia sportowe na terenie szkoły, ale proszę wierzyć, że po 5 lekcjach dzieci nie marzyły o niczym innym jak o SWOBODNEJ ZABAWIE I WYJŚCIU NA BOISKO. Dzieci wychodzą w trakcie zorganizowanych zajęć, bo dzieci są odbierane wtedy, gdy pasuje to rodzicom. Mam pytanie, czy zmienił się obowiązujący od kilku lat przepis zezwalający na pracę każdemu nauczycielowi w świetlicy, który spowodował zapychanie etatów przedmiotowców świetlicą? Bo doświadczyłam tego na własnej skórze. Przychodzili przedmiotowcy i pytali co mają robić...Pozdrawiam, Agnieszka