Błog. O. Jan Beyzym z chorymi na Madagaskarze fot. arch. Towarzystwa Przyjaciół Chorych im. o. J. Beyzyma
Trąd to przewlekła choroba zakaźna o długim okresie inkubacji, często bagatelizowana na początku. Zaczyna się niepozornie – od jasnych plam na skórze – a rozpoznanie bywa odkładane, także ze względu na lęk i wstyd. Elżbieta Jastrzębska zwracała uwagę, że chorzy często zgłaszają się po pomoc dopiero wtedy, gdy choroba jest już zaawansowana i dochodzi do uszkodzeń nerwów oraz utraty czucia w palcach. Wtedy leczenie jest trudniejsze, a skutki – bardziej dramatyczne.
Według przywoływanych w rozmowie danych, na świecie żyje około trzech milionów chorych, a każdego roku przybywa około 200 tysięcy nowych przypadków. Choroba jest uleczalna, ale terapia skojarzona bywa dla pacjentów bardzo obciążająca. Jastrzębska wspominała swoją wizytę w leprozorium w Maranie na Madagaskarze: po podaniu dawek leków chorzy byli tak osłabieni, że leżeli przykryci kocami, mimo ciepła panującego na zewnątrz. Trąd – jak podkreślali goście – to nie tylko problem medyczny, ale też społeczny, bo chorobie od wieków towarzyszy stygmatyzacja. W wielu miejscach świata ludzie dotknięci trądem są wypychani poza margines, uznawani za „wyrzutki”, a nie za pełnoprawnych członków wspólnoty.
Ulotki Towarzystwa. Fot. L. Jazgar
Od listów ojca Beyzyma do prawdziwej pomocy
Towarzystwo Przyjaciół Trędowatych im. o. Jana Beyzyma działa od 37 lat. Jak opowiadali Elżbieta i Wojciech Jastrzębscy, wszystko zaczęło się od odkrycia i udostępnienia listów o. Beyzyma przez jezuitę o. Czesława Drążka, postulatorego w procesie beatyfikacyjnym misjonarza. Lektura listów była momentem przełomowym – uświadomiła świeckim, jak wielkie dzieło rozpoczął Polak i jak bardzo potrzeba kontynuacji tej misji.
Bł. o. Jan Beyzym – urodzony na Wołyniu – wyjechał na Madagaskar pod koniec XIX wieku. Wyruszył z Krakowa, z bazyliki jezuitów przy ul. Kopernika, a potem przez Francję dotarł statkiem na wyspę. Tam podjął decyzję, która na tamte czasy była wyjątkowa: zamiast tworzyć izolowane leprozorium, postanowił zbudować dla trędowatych prawdziwy szpital. Placówka w Maranie ma już ponad sto lat i – jak zauważyła Elżbieta Jastrzębska po wizycie na miejscu – mimo modernizacji wciąż w dużej mierze przypomina tę z czasów Beyzyma.
O. Beyzym już w epoce zaborów potrafił poruszyć serca ludzi w Polsce – jego listy, publikowane w kraju, sprawiły, że mimo powszechnej biedy udało się zebrać środki na budowę szpitala. Wojciech Jastrzębski podkreślał, że do dziś ogromne wrażenie robią mu drobne, ale regularne wpłaty: to właśnie z takich „wdowich groszy” składa się realna pomoc dla tych, których społeczeństwo często odrzuca.
„Naszą ideą, naszą misją, naszym celem jest pomóc tym, którym nikt nie chce pomóc.”
Marana dziś i „czarne pisklęta”, o których nikt nie pamięta
Współczesna Marana to ośrodek prowadzony przez siostry św. Józefa z Cluny. Jak relacjonowała Elżbieta Jastrzębska, pracuje tam osiem sióstr – wśród nich m.in. lekarka, pielęgniarka położna i nauczycielka – dzięki czemu miejsce jest w dużej mierze samowystarczalne. Dzieci uczą się na miejscu, a później są dowożone do szkoły w pobliskim mieście. Na terenie ośrodka działa ambulatorium i zapewniana jest podstawowa opieka, w tym opatrunki. Szpital był planowany na 150 osób, dziś przebywa tam mniej więcej połowa tej liczby.
W liście o. Beyzyma z 28 kwietnia 1900 roku misjonarz pisał o tym, że trędowatych „nie uważa się za ludzi”, że są wypędzani i zostawiani na pastwę głodu i choroby. Ten zapis – mimo upływu lat – wciąż tłumaczy, dlaczego pomoc dla chorych na trąd jest tak ważna i dlaczego nie można jej sprowadzać wyłącznie do kwestii leczenia.
Elżbieta Jastrzębska mówiła też o codzienności na Madagaskarze poza samym ośrodkiem: o ogromnej biedzie, żebractwie, matkach proszących o wsparcie oraz o skali zarobków, które nie pozwalają utrzymać rodziny. Jednocześnie zwróciła uwagę na życzliwość i serdeczność mieszkańców. Wspomniała również o wanilii – jednej z wizytówek wyspy – którą dostała na miejscu.
Towarzystwo utrzymuje się z darowizn i podkreśla, że wszystkie pieniądze przeznaczane są na pomoc w Maranie. Wyjazdy na miejsce – jeśli ktoś chce zobaczyć ośrodek – odbywają się prywatnie, tak, by nie uszczuplać środków dla chorych. Jastrzębska przyznała, że dziś najważniejsza jest informacja: kiedyś prowadzono zbiórki do puszek czy akcje w tramwajach, ale obecnie pozostaje przede wszystkim opowiadanie o misji, ulotki, artykuły i odsyłanie do strony internetowej z numerem KRS i kontem. Elżbieta Jastrzębska podkreślała, że chorzy w Maranie codziennie modlą się za darczyńców.
„Nie przestawajcie pomagać trędowatym.”
Przekaż 1,5 %
Organizacja pożytku publicznego o numerze KRS: 0000046094
Wszelkie datki można wpłacać na nasze konto
w Banku PEKAO S.A. 83 1240 4432 1111 0000 4728 0481