Do końca czerwca mają potrwać konsultacje społeczne poświęcone wygaszaniu gimnazjów. Tymczasem według szefa ZNP, są one jedynie zasłoną dla decyzji, która już dawno zapadła.
Zapis rozmowy Jacka Bańki z Sławomirem Broniarzem, prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Jak to jest? Przez lata wszyscy narzekaliśmy na gimnazja a dzisiaj chcemy ich bronić.
- Zapewne byli tacy, którzy narzekali i dalej narzekają. Gimnazja bronią się jednak wynikami. To ta młodzież wyrwana ze swojego kręgu towarzyskiego, która wchodzi do nowej placówki. Tworzą się nowe relacje międzyludzkie. Gimnazja, mimo trudnych narodzin, okazały się trafne. Byłoby błędem podejmowanie decyzji o ich likwidacji.
Ministerstwo mówi, że to nie jest kwestia gimnazjów, ale 4-letniego liceum. Co pan na to?
- To chyba nie jest problem 4-letniego liceum. Pytanie czy są okoliczności, czy sytuacja polskiej edukacji wymaga takich zmian? Mamy syndrom ministra edukacji. Każdy kolejny minister wchodzący do urzędu, miał obowiązek reformowania systemu oświaty. Stąd narzekanie nauczycieli i rodziców, że edukacja cały czas jest reformowana i to w sytuacji kiedy mamy wątpliwości czy ona takich reform wymaga. Jak okazuje się, że decyzja dotycząca gimnazjów ma podobno podłoże związane z negatywnymi opiniami dotyczącymi funkcjonowania liceów, to mówimy o potrzebie poprawiania liceów a nie demontujmy cały system szkolny.
Mamy propozycję 4x4, zachowującą gimnazja i przywracającą 4-letnie liceum.
- Bez dyskusji o podstawie programowej, nadal będziemy mieszali w tej samej szklance herbaty a ona nie będzie słodsza. Robiąc rewolucję musimy wiedzieć jakie będą tego konsekwencje. Nie wiemy jakie będą efekty. Czy taka sytuacja jest wymagana? Rewolucja jest potrzebna? Jak stworzymy ustrój 4x4 to musimy mieć to oparte o silną edukację przedszkolną a dzisiejsza pani minister swoimi decyzjami demontuje edukację przedszkolną. Czego będziemy uczyli w 4-letniej podstawówce? Trąci to reformą jędrzejowiczowską, ale mamy do czynienia z innymi czasami, młodzieżą i treściami. Czego młodzież chcemy nauczyć? Jakich efektów się spodziewamy? Dopiero potem mówimy o ustroju szkolnym. Moim zdaniem to jednak próba zapisania się w historii jako kolejny „wielki reformator”, a nie działania wynikające z potrzeby systemu oświaty.
Wyczuwa pan wolę do dyskusji o całym ustroju edukacji? Na początku minister Zalewska zdecydowanie mówiła o wygaszaniu gimnazjów. Teraz mówi o konsultacjach i nie jest tak zdecydowana. Może to dobry czas na dyskusję o wszystkich etapach edukacji, zmianie podstawy programowej i wypracowaniu jednego dobrego modelu? A może w ogóle zostawmy jak jest?
- Czytając wywiad z dr. Waśko mam wrażenie, że sprawa jest przesądzona. On powiedział, że zajmuje się podsumowaniem debaty na temat zmian w edukacji. On to mówił jak debata jeszcze się nie zaczęła. Obserwuję rozwiązania i to co się dzieje w ramach tych pseudokonsultacji. Jest to sztuka dla sztuki. Trudno cokolwiek skonsultować w czasie dwugodzinnej dyskusji, na której spotykają się ludzie z różnych kręgów, gdy to jest technicznie nieprzygotowane a spotkanie jest pierwsze i jednocześnie ostatnie. To próba pokazania, że jest zamysł debaty, ale ona ma być statystycznym uzasadnieniem dla decyzji już podjętych. W tak źle zorganizowany sposób nie da się nic skonsultować przy udziale 1800 konsultantów, bo każdy z nich ma swój punkt widzenia i cele. To sztuka dla sztuki.
ZNP podnosi sprawę nauczycieli zatrudnionych w gimnazjach i wskazuje na 100 tysięcy pedagogów. Ministerstwo mówi, że liczba dzieci się nie zmieni i te osoby pracy nie stracą.
- Jak mamy zlikwidować 7 tysięcy szkół, w których pracuje 110 tysięcy osób to musimy zadać sobie pytanie ile z tych osób zachowa swoje miejsce pracy. Miałby wypaść z tej konstrukcji oświaty jeden etap, czyli gimnazja. Jak pani minister mówi, że nikt nie straci pracy to tak mówi, bo nie ponosi odpowiedzialności za słowa. Nie ona zatrudnia, nie ona o tym zdecyduje. Ona chce uspokoić opinię publiczną. Politycy, bez względu na poziom, rzadko kiedy ponoszą odpowiedzialność za decyzje. Dyrektor szkoły będzie podejmował decyzję o przedłużeniu umowy o pracę, płacił będzie samorząd a nie MEN. To jest wywołane zapowiedziami określonych decyzji. Ministerstwo nie ponosi za to odpowiedzialności, czego przykładem jest sytuacja w przedszkolach i zrzucanie odpowiedzialności na samorządy za mankamenty związane z brakiem miejsc w przedszkolach. Jednocześnie ministerstwo jest kreatorem przyszłego ustroju szkolnego. Ministerstwo próbuje te zmiany uzasadnić potrzebami społecznymi. Ja takich potrzeb nie widzę.
Mówi pan, że konsultacje są pozorowane. Mówi pan, że zapewnienia minister Zalewskiej, że nikt pracy nie straci, można włożyć między bajki. Co na to ZNP?
- Pani minister entuzjastycznie i w sposób uzasadniony wypowiada się o nauczycielach. Sądzimy, że z tego wyniknie konkret, także jak chodzi o wzrost wynagrodzeń. Chcemy, żeby ministerstwo wcześniej przedstawiło swoje propozycje, żeby one były przedmiotem debaty i konsultacji. To co ma się pojawić w czerwcu musi być znane opinii publicznej wcześniej. Nie ukrywajmy projektowanych zmian. Nie udawajmy, że coś konsultujemy. To żałosny obraz. Połóżmy karty na stół i powiedzmy jakie są działania i pieniądze potrzebne do zorganizowania tego. Niech pani minister przekona opinię publiczną, że zmiany są konieczne. Polska szkoła w opinii międzynarodowej uchodzi za jedną z najlepszych. To co robi MEN może ten model rozwalić.
Nauczyciele to nie górnicy, ale plany wyjścia na ulice są rozważane?
- Radykalne formy protestu są wpisane do naszego ustawodawstwa. Nie ma emocji, które by na to jednak wskazywały. Mówimy jednak o dniu dzisiejszym. Inaczej sytuacja może wyglądać wtedy, kiedy tym zainteresowanym swoimi miejscami pracy i jakością edukacji, widmo utraty miejsca pracy zajrzy w oczy. Mam jednak nadzieję, że wygra etos nauczycielski a nie konformizm. Mam nadzieję, że będziemy umieli obronić niezależność polskiej edukacji a nie będziemy szli w kierunku modelu węgierskiego. To najgorsza z możliwych dróg.