EPA/HAITHAM IMAD Dostawca: PAP/EPA.
Jest źle, ale lepiej nigdy nie było” – logika Trumpa
Zaproszenie do Rady Pokoju dostał między innymi prezydent Nawrocki, ale też Putin i Łukaszenka. Ten ostatni już poinformował, że przystąpi do Rady. Ma też nadzieję, że Rada zajmie się innymi problemami pokojowymi. To zapytam, parafrazując rosyjskich rewolucjonistów: co robić?
Odpowiem uwagą ogólną, bo jesteśmy na początku nowego roku. Mam dla słuchaczek i słuchaczy Radia Kraków dwie informacje: jedną bardzo złą i jedną dobrą. Zacznę od tej złej. Na Bliskim Wschodzie i na świecie sytuacja jest bardzo zła. A teraz ta dobra informacja: lepiej nigdy nie było - a bywało gorzej.
Gdzie tkwi ten pozytywny potencjał? Otóż obecnie, w dużej mierze za sprawą prezydenta Donalda Trumpa, przeżywamy sytuację, w której kuchnia polityki - zwykle skrzętnie ukrywana - została wyprowadzona na zewnątrz. Większość z nas nie chciałaby słyszeć rozmów pilotów w kokpicie ani roboczych sporów księgowej z prezesem. Tymczasem Trump sprawił, że polityczne zaplecze stało się widoczne i wszyscy się temu przyglądamy, momentami zszokowani.
Zaproszony Putin, powoływana instytucja, która ma charakter konkurencyjny wobec ONZ - organizacji o długiej historii i uznaniu. Pojawia się więc pytanie: co się dzieje? Odpowiedź brzmi: sytuacja jest bardzo zła, ale jednocześnie - lepiej nigdy nie było. Po prostu wiemy dziś więcej.
Prezydent Trump zaangażował się w proces pokojowy na Bliskim Wschodzie, szczególnie w Izraelu i Strefie Gazy. Pamiętajmy, że jest to pokłosie krwawych wydarzeń z 7 października 2023 roku, kiedy Hamas dokonał brutalnego ataku, zamordowano ponad 1200 osób i porwano około 250 zakładników.
W ramach ustaleń pokojowych z września i października 2025 roku przewidziano powołanie w Strefie Gazy komitetu złożonego z międzynarodowych ekspertów i Palestyńczyków. Hamas ma zostać odsunięty od władzy, a zarządzanie Gazą ma mieć charakter ekspercki i apolityczny. Rada Pokoju ma być - mówiąc kolokwialnie -politycznym parasolem nad tym rozwiązaniem i sprawować międzynarodowy nadzór.
Ryzyko, precedensy i lekcje historii
No ale jak ma ten nadzór sprawować Putin albo Łukaszenka, to – nie daj Boże. To zapytam jeszcze raz: co robić? Może, jak mówił Andrzej Zamojski: „brać, ale nie kwitować”?
To element większej układanki. Zaproszenie takich osób traktuję jako swoisty „crash test” - próbę powołania instytucji konkurencyjnej wobec ONZ, którą Trump ocenia skrajnie krytycznie. W samej koncepcji tej Rady pojawia się postulat organizacji sprawnej, obiektywnej, nieskażonej inercją i zarzutami.
Nazwisko Putina działa jak zapalnik emocji - oburzenie i wstrząs. Ja jednak wrócę do swojej tezy: jest źle, ale lepiej nigdy nie było. Po II wojnie światowej świat zgodził się, że trzeba rozliczyć nazizm. Ale czy wszyscy byliśmy zgodni, że w Norymberdze w roli oskarżycieli powinni występować przedstawiciele Związku Sowieckiego? Oczywiście, że nie. A jednak to rozwiązanie przyniosło kilkadziesiąt lat pokoju.
Nie ma wielkich osiągnięć bez ryzyka. Propozycje Trumpa są skrajnie ryzykowne - nie mam co do tego wątpliwości. Ale historia zna takie sytuacje. Trump stał się figurą, wobec której media rozdzierają szaty, często bardziej z powodu zapowiedzi niż decyzji - jak choćby w sprawie Grenlandii Tymczasem Stany Zjednoczone już w 1867 roku kupiły Alaskę od Imperium Rosyjskiego. Była to transakcja obciążona naciskami i groźbami -historia zna takie kazusy.
Ostateczna ocena zawsze zależy od skutku.
Jest też wymiar biznesowy. Członkostwo w Radzie na trzy lata, a stałe – za miliard dolarów. Macron powiedział „nie” i usłyszał o 200-procentowych cłach na francuskie wino i szampana.
Nic nowego pod słońcem. Polityka zawsze była formą transakcji. Między biznesem, dyplomacją a wojną istnieje cienka nić. Trump po prostu ujawnia to, co wcześniej działo się za zamkniętymi drzwiami. Nowy jest styl, nie tematy.
Państwa takie jak USA, Niemcy czy Wielka Brytania od XIX wieku prowadzą podobną politykę, zmieniając jedynie retorykę. Trump - być może z uwagi na trudną sytuację finansową USA - postanowił skrócić drogę. Wiemy, czym kończą się skróty. On bierze za to odpowiedzialność. Zobaczymy, z jakim skutkiem.
Gaza, Izrael i niepokój regionu
Czy w tej dyskusji widzi pan realną, pozytywną przyszłość dla Gazy? Czy rozbrojenie Hamasu rzeczywiście jest kluczowe?
Warto spojrzeć, jak reaguje Izrael. Ta sprawa od kilku dni dominuje tamtejsze media. Izraelczyków mniej interesują zaproszenia dla Putina czy Łukaszenki, bardziej - dla Turcji i Kataru. Relacje z Katarem są szczególnie problematyczne, a stosunki turecko-izraelskie są dziś bardzo złe.
Izraelczycy obawiają się sytuacji, w której po ogromnym wysiłku w walce z Hamasem pojawiają się nowi gracze, którzy mogą zyskać wpływy w Gazie. To byłby dla Izraela bardzo niebezpieczny precedens. Nawet symboliczna obecność Turcji czy Kataru jest tam postrzegana jako zagrożenie.
Izraelska scena polityczna jest podzielona. Premier Netanjahu generalnie wspiera Trumpa, ale w tej sprawie widać dystans. Trump reprezentuje interesy USA - także wobec Turcji i Kataru - i nie pozwoli, by ktokolwiek, nawet Netanjahu, mu to utrudniał.
Jak to w takim razie zakończyć?
Nadzieją.
Czyli ma pan nadzieję na spokój i w miarę normalną przyszłość w Gazie?
Nie jestem aż takim optymistą, by wierzyć w szybki spokój w europejskim rozumieniu normalności. Znam wspaniałych Palestyńczyków, zwłaszcza młodych ludzi. Życzyłbym im spokojnych studiów, pracy, zakładania rodzin. Ten region ma ogromny potencjał.
Ale uczciwie mówiąc - droga do tego jest jeszcze bardzo długa. To, że wiemy dziś więcej, nie oznacza, że jest gorzej niż było. Historia pokazuje, że narody kojarzone z wojną potrafiły wejść na drogę pokoju. Przykład Szwecji, relacji francusko-niemieckich - to daje podstawy do ostrożnego optymizmu.
Nie obiecuję jednak, że jutro będzie spokojnie. Obawiam się, że przed nami jeszcze niejeden wstrząs.
Gościem Radia Kraków był profesor Łukasz Tomasz Sroka, historyk z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.