W Szpitalu Powiatowym w Wadowicach 1 lutego ma zostać zamknięty oddział ginekologiczno-położniczy. Powód? Drastyczny spadek liczby porodów i rosnące straty finansowe.
Jeszcze kilka lat temu w Wadowicach rodziło się nawet półtora tysiąca dzieci rocznie. W 2020 roku było ich około tysiąca, a w 2024 - już tylko 560. To oznacza kolejny, 15-procentowy spadek rok do roku. W praktyce przekłada się to na średnio półtora porodu dziennie.
To zdecydowanie za mało, żeby utrzymać porodówkę z prawdziwego zdarzenia. Taka liczba porodów nie pokrywa nawet kosztów osobowych
- podkreślała dyrektorka. Jak dodała, na oddziale i bloku porodowym dyżuruje kilkanaście osób, a zdarzają się dni, gdy nie rodzi się tam ani jedno dziecko. Tymczasem, by oddział mógł funkcjonować stabilnie, porodów powinno być co najmniej sześć-dziesięć na dobę.
Pacjentki wybierają inne szpitale
Spadek liczby porodów w Wadowicach nie wynika wyłącznie z demografii. Jak przyznała Barbara Bulanowska, znaczna część mieszkanek powiatu decyduje się rodzić w innych ośrodkach - w Suchej Beskidzkiej, Oświęcimiu, Chrzanowie czy w Krakowie.
Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Pacjentki kierują się rekomendacjami lekarzy i marką ośrodka
- mówiła dyrektorka. Zaznaczyła przy tym, że wadowicka porodówka była bardzo dobrze wyposażona: oferowała znieczulenia zewnątrzoponowe na żądanie, działała szkoła rodzenia, organizowano dni otwarte. Mimo to nie udało się odwrócić trendu.
Straty liczone w milionach
Najważniejszym argumentem za zamknięciem oddziału są finanse. Oddział ginekologiczno-położniczy wraz z neonatologią w 2024 roku wygenerował stratę na poziomie 12,5 mln zł, czyli ponad milion złotych miesięcznie. Od 2021 roku skumulowane straty sięgnęły około 40 mln zł.
To nie jest szpital uniwersytecki, który może takie koszty kompensować. Jeżeli utrzymamy porodówkę, stracimy zdolność wypłaty wynagrodzeń innym pracownikom, płacenia za leki, materiały medyczne czy usługi sprzątania
- mówiła Bulanowska. Jak dodała, już teraz szpital zmaga się z poważnymi problemami płynnościowymi i trudnymi negocjacjami z dostawcami.
Co z personelem?
W oddziale zatrudnionych jest 18 lekarzy, głównie na kontraktach. Jak podkreśliła dyrektorka, każdy z nich pracuje również w innych placówkach, dlatego zamknięcie porodówki nie oznacza dla nich całkowitej utraty zatrudnienia. Szpital planuje rozstać się z zespołem położniczym.
Pacjentka idzie za lekarzem. A mimo tak licznego zespołu, nie udało się przyciągnąć wystarczającej liczby pacjentek
- mówiła wprost dyrektorka.
Dostęp do opieki po zamknięciu oddziału
Po likwidacji porodówki mieszkanki powiatu wadowickiego będą kierowane do ościennych szpitali. Najbliższy - w Suchej Beskidzkiej -oddalony jest o około 20 kilometrów i, jak zaznaczała Bulanowska, cieszy się bardzo dobrą opinią, m.in. w rankingach „Rodzić po Ludzku”. Alternatywą są także porodówki w Oświęcimiu, Chrzanowie czy Krakowie.
Szpital w Wadowicach nie planuje stałego uruchamiania porodów przy SOR-ze ani tzw. ośrodka pośredniego z położną i transportem. Jedynie przez krótki, przejściowy okres po zawieszeniu oddziału ma funkcjonować dyżur transportu medycznego z położną - na wypadek, gdyby ktoś przyjechał do Wadowic, nie wiedząc o zmianach.
Szerszy problem systemowy
Problem nie dotyczy tylko Wadowic.
Szpitale powiatowe przez lata miały struktury nieadekwatne do realnych potrzeb populacji. Wszystkie musiały mieć te same oddziały, niezależnie od tego, czy były one wykorzystywane
- mówiła. Podkreślała, że zamiast ogólnych, systemowych decyzji potrzebne są szczegółowe analizy regionalne i odważne wskazanie, które oddziały w których szpitalach powinny być utrzymane, a które zrestrukturyzowane.
Medycyna jest coraz droższa i będzie jeszcze droższa. System musi działać na zasadzie „coś za coś”: więcej pieniędzy, ale realne przekształcenia. W Wadowicach likwidujemy deficytową porodówkę, ale chcemy rozwijać te obszary działalności szpitala, które są naprawdę potrzebne lokalnej społeczności
– podsumowała Barbara Bulanowska.