Zapis rozmowy Mariusza Bartkowicza z posłem-elektem z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Pawłem Kowalem.
Wciąż nie jest pan członkiem PO?
- Jestem członkiem Koalicji Obywatelskiej, tego szerokiego ciała. Decyzja o wejściu do partii jest odrębna. Na razie nie tym się zajmujemy. Zajmujemy się Sejmem, Senatem. To nas jednoczy, żeby popierać…
Dla pana będzie to powrót do poselskich ław po 10 latach. Jakie oczekiwania? Obserwuje pan jak kształt funkcjonowania Sejmu w ostatnich latach się zmieniał.
- Ja rzadko chodziłem do Sejmu, gdy nie byłem posłem. Byłem wczoraj się rozejrzeć. Nie mam wrażeń. Mam przekonanie ogólne. Widzimy, że kształt parlamentaryzmu się zmienił. Nobliwy, kulturalny, spokojny Sejm jest dzisiaj ostrzejszy, nastawiony na potyczkę. Mam nadzieję, że w tej kadencji tak nie będzie. Chciałbym, żeby ten Sejm wniósł coś nowego. Nie może nam uciec zdrowie, onkologia, sprawy międzynarodowe. Wiele rzeczy niedobrych się dzieje. Nie możemy zapomnieć. W Sejmie jest tendencja, żeby się powygłupiać, pogadać, ale czasem nic z tego nie wychodzi. W Senacie będzie jednak różnica. Będzie dominowała opozycja. Będzie to trochę inny parlament.
W sejmowej reprezentacji KO jakie nuty będą? Pytam w kontekście tego, że krakowska reprezentacja Koalicji jest mocno chadecko-konserwatywna. Obok pana będzie Ireneusz Raś czy Bogusław Sonik.
- Nasza krakowska drużyna faktycznie jest taka. Dla mnie to nie jest zaskoczenie. Patrząc na PO trzeba pamiętać, że to partia o mocnym, chadeckim zakotwiczeniu. Wynik krakowski musi dać do myślenia. Jacy są wyborcy PO? To nie jest przypadek, że z długiej listy kandydatów Koalicji Obywatelskiej, ludzie wybierali osoby kojarzone z tradycyjnym podejściem. To sygnał dla władz PO. To zostało odebrane. To także szerszy sygnał. Jest pole realnej konkurencji. Ona się toczy o klasę średnią, przedsiębiorców. Ktoś zarabia na świadczenia socjalne. To myślenie centrowe. Ono jest przedmiotem konkurencji. PO ma szansę wygrać i dominować w centrum.
Jaki kandydat Koalicji Obywatelskiej byłby dla tych nowoczesno-konserwatywnych wyborców najatrakcyjniejszy w wyborach prezydenckich?
- Do wyborów prezydenckich trzeba inaczej podejść. Kluczowym momentem jest druga tura. Trzeba szukać kandydatów, którzy w II turze zdobędą 50% plus 1 głos. Musi być wspólny mianownik. Kandydat musi mieć doświadczenie, pozycję, gromadzić ludzi o różnych poglądach. To inna konkurencja.
Sympatycy PO – to wynika z sondażu IBRIS dla Rzeczpospolitej – wskazują po równo. 36% na Małgorzatę Kidawa-Błońską, tyle samo na Donalda Tuska. Jakby pan miał przeważyć szalkę, gdzie by pan wskazał?
- To sygnał jak wyborcy PO postrzegają wybory prezydenckie. To dla nic polityczny skok. Inaczej będzie w PiS. Tam jest taki układ, że obóz koncentruje się na rządzie. Prezydent wszystko podpisuje, bije brawo, raz na pół roku mruknie, ale potem i tak podpisze. Z naszego punktu widzenia trzeba szukać bardziej samodzielnego kandydata. Sondaż pokazuje jedno. Jest dwoje kandydatów, na których patrzą wyborcy KO. Małgorzata Kidawa-Błońska zrobiła świetny wynik w Warszawie. Donald Tusk – to oczywiste. Być może rozwiązaniem będą prawybory. To by rozruszało opozycję, jakby każda partia zrobiła prawybory, żeby debata się toczyła. W debacie ważniejsze będą dla mnie wartości konserwatywne, ale w KO są osoby z innymi poglądami. Na końcu musimy się połączyć.
Małgorzata Kidawa-Błońska pytana o swój start mówi, że jest gotowa podjąć wyzwanie. Donald Tusk wciąż pełni ważną europejską funkcję, więc z oczywistych względów takich deklaracji nie składa. Do czasu rozstrzygnięcia przyszłości Donalda Tuska Koalicja Obywatelska powinna odłożyć decyzję w tej sprawie? Ma czas, żeby czekać do tego momentu?
- Pan zadaje wiele pytań, na które powinienem znać odpowiedź, ale nie znam. Nie wiem co ja będę robił, jak będzie wyglądała kampania prezydencka. Czy oboje kandydaci potwierdzą chęć? Jaki będzie tryb przygotowania kandydatów? Jak będzie jeden silny kandydat, wszyscy się na nim skupią, jak będą prawybory, będzie inaczej. To początek. Jest miesiąc na dyskusję. Wtedy się to wyklaruje. Nam zależy na silnym prezydencie. Nie wystarczy nam notariusz.
Kiedy pan to mówi, nie mogę nie wspomnieć słów Władysława Frasyniuka, legendy opozycji demokratycznej, który w kontekście Małgorzaty Kidawy-Błońskiej mówi, że nie zna żadnego porywającego zdania pani Kidawy-Błońskiej. To dobrze czy źle w kontekście kandydata na prezydenta?
- To polityczna wypowiedź. Widocznie pan Frasyniuk ma innego kandydata na oku. To zrozumiałe. Może podszczypywać. To norma. Jeśli będą prawybory, wszyscy się będą podszczypywali. Na tym polega debata. Za Małgorzatą Kidawą-Błońską stoją głosy, które dostała w wyborach. Ona ma swoją legitymację, Donald Tusk swoją, żeby kandydować. Dzisiaj jednak jest za wcześnie. To spekulacje. Widzimy jednak dwoje dobrych kandydatów.
Wspomniał pan emocje wokół Senatu. Dojdzie do bezprecedensowego publicznego przeliczania głosów w tych okręgach, w których część komitetów zgłasza wątpliwości? Takiego publicznego przeliczenia głosów domagają się zarówno przedstawiciele PiS, jak i KO.
- Jeżeli ma dojść do przeliczenia to musi to być maksymalnie przejrzyste, żeby nie było wątpliwości. Jakby były normalne procedury, decyzje podejmowały wcześniejsze izby SN, nie ta nowa, powołana przez KRS… Ci, którzy będą decydowali, wywodzą się wprost od strony rządowej. Jakby był inny mechanizm, to tak. Wszędzie na świecie tak się zdarza. Jednak w tym wypadku mechanizm jest mało wiarygodny. Po drugie niepoważny jest stosunek obozu władzy do problemu. Składa się wniosek i muszą być poważne powody. Opowiadanie jak koledzy z obozu władzy mówią… Oni mówią dyrdymały, że z ciekawości będą liczyć. Powinni poważnie złożyć wniosek, żeby sąd miał podstawę do decyzji. Druga sprawa to publiczny proces. Moim zdaniem powinien się toczyć z udziałem OBWE. OBWE ma misję na wybory. Nie ma w tym nic gorszącego. OBWE jest z misją obserwacyjną. Oni obserwują wybory we wszystkich krajach. Polscy obserwatorzy też tam jeżdżą. To normalne. Ten mechanizm powinien zostać wykorzystany.
Był pan wiceministrem spraw zagranicznych. Zapytam o sytuację na Bliskim Wschodzie. Nie każdy rozumie co się tam dzieje. W dużym skrócie prezydent Trump mówi, że nie interesują go rachunki Turków z Kurdami. Dochodzi do starć, kryzysu uchodźczego. Ostatecznie prezydent Turcji jedzie do Moskwy i mówi, że z prezydentem Rosji zawiera historyczne porozumienie. Teraz Rosja będzie strażnikiem pokoju na Bliskim Wschodzie?
- Chyba nietrudno zrozumieć. To klarowne. Prezydent Trump umożliwił interwencję turecką w syryjskiej części Kurdystanu. Jest katastrofa humanitarna. To też polityczna zdrada. Kurdowie oczekiwali parasola USA, w zamian oni pilnowali, żeby ISIS się nie rozrastało. Decyzję Trumpa skrytykowali wszyscy w USA. To zaszkodzi mu w kampanii. On nie miał podstaw, żeby tak postąpić. Ten ruch z wycofaniem wojsk amerykańskich, te filmy, gdzie niedopita cola dostaje się w ręce rosyjskich żołnierzy... To zostaje w głowie opinii publicznej w USA. To mocno zaszkodzi Donaldowi Trumpowi.