Zdjęcie ilustracyjne/ Fot. Pexels.
Posłuchaj rozmowy Piotra Łęgowskiego z Wojciechem Rzehakiem.
Piotr Łęgowski: Informacja o usunięciu „Pana Tadeusza” z listy lektur szkolnych wywołała burzę, zwłaszcza w środowiskach prawicowych. Jednak prawda jest taka, że rzeczywiście dzieło Adama Mickiewicza nie będzie omawiane w całości tylko w szkole podstawowej, w liceum ma zostać. Czy to dobra decyzja?
- Szkoda, że w debacie publicznej dominują głównie emocje wokół „Pana Tadeusza”. Tymczasem jest to bardzo dobra decyzja. „Pan Tadeusz” w szkole podstawowej jest książką zbyt trudną dla młodych ludzi ze względu na pewne bariery — nie tylko intelektualne, ale też społeczne, kontekstowe. Oni po prostu nie mają narzędzi, żeby przeczytać ten utwór ze zrozumieniem.
Wspólny kod kulturowy młodych
Brak utworu na liście nie oznacza przecież zakazu jego omawiania. Nauczyciele mają sporą swobodę — jeśli uznają, że w jakimś obszarze jest bardzo ważny, mogą omawiać fragmenty.
- Oczywiście, że tak. Będą omawiać. Na pewno wszyscy będą omawiać "Inwokację". Nigdzie nie ma mowy o jakimkolwiek zakazywaniu czytania książek w szkole.
Zastanawiam się, kiedy w naszym kraju skończy się dyskusja na poziomie politycznym o kanonie lektur szkolnych. Przypomnę, że rozpoczął ją w współczesnej Polsce Roman Giertych, który prawie 20 lat temu usunął Gombrowicza. Doskonale pamiętamy tę historię — to był 2007 rok.
- Nawet napisałem wtedy artykuł do „Rzeczpospolitej” na ten temat. Politycy uwielbiają ingerować w lektury, bo to jest najprostszy do wyłapania obszar edukacji, a tymczasem faktyczne problemy leżą zupełnie gdzie indziej. To temat drugorzędny, który wysunięty na plan pierwszy świetnie nadaje się do wzbudzania emocji. To nic nowego i obawiam się, że jeszcze długo się to nie skończy. Druga sprawa to w ogóle obecność samego obowiązkowego kanonu lektur, który — jak wiemy — jest w pewnym sensie pozostałością czasów totalitarnych.
Zastanawiam się, po co potrzebny jest kanon lektur szkolnych. Czy po to, żeby formować młodych ludzi, czy bardziej ich rozwijać? Są kraje, w których nie ma kanonu — jak Wielka Brytania, Hiszpania czy Francja. A jest, między innymi, w Rosji, na Węgrzech i w Polsce.
- Zaproponowałbym dwa terminy. Pierwszy to kanon lektur — nazwijmy go kanonem lektur narodowych — i uważam, że on powinien istnieć. Drugi to lista lektur obowiązkowych, które wtłacza się uczniom. Jestem przeciwnikiem listy obowiązkowej, ale uważam, że ludzie wykształceni powinni obcować z kanonem narodowym.
Dobrze by było, żeby osoby kończące edukację ponadpodstawową miały jakiś wspólny kod kulturowy, z którym wyruszą w świat i którym będą się posługiwać. Natomiast do tego nie jest potrzebna sztywna lista obowiązkowa. To dwa różne obszary.
Znalazłem informację, że w 2021 roku profesor Bogusław Dopart z Uniwersytetu Jagiellońskiego ubolewał, że „Pan Tadeusz” jest lekturą w podstawówce. Mówił: „To jest książka dla dorosłych, wszystko jest w niej dla dorosłych — inicjacja seksualna, żołnierska, małżeńska, sprawa sumienia księdza Robaka czy spór o dobra po Horeszkach”. To rzeczywiście trudne dla młodego człowieka.
- Oczywiście, że tak. W pełni się z tym zgadzam. Pamiętam, że jako student uczęszczałem na zajęcia profesora Doparta — to były fascynujące zajęcia i rzeczywiście trafił w punkt.
Młodzi ludzie nie mają odpowiednich narzędzi. Wiek około 15 lat to moment, kiedy młodzi ludzie przestają czytać książki. To czas, kiedy straty są ogromne i później bardzo trudne do nadrobienia. Dlaczego tak się dzieje? Między innymi dlatego, że są zmuszani do czytania książek, które ich nie interesują. To zabija to, co powinno być istotą szkolnej polonistyki — rozbudzanie ciekawości czytania i umiejętności sięgania po wartościowe teksty. Tego nie da się zrobić przymusem. Nie da się przymusem wzbudzić miłości do książek.
Masłowska na liście lektur?
Jakiś czas temu toczyła się dyskusja, czy powinno być więcej współczesnej literatury, na przykład Doroty Masłowskiej, która operuje językiem młodego pokolenia.
- Tu grozi nam popadanie w skrajności. Gdy ktoś proponuje, żeby nauczyciel wspólnie z uczniami ustalał wybór lektur, od razu pojawiają się zarzuty, że będą czytać byle co. To paradygmat nieufności. Uważam, że powinna istnieć szeroka lista książek, z której nauczyciel i uczniowie mogliby wybierać. Młodzi ludzie są bardzo różni — inne książki czytają humaniści, inne osoby zainteresowane matematyką czy chemią, jeszcze inne uczniowie techników czy szkół branżowych. Rozsądny nauczyciel jest w stanie znaleźć takie obszary, które pomogą rozbudzić zainteresowanie i — tam, gdzie to możliwe — zachęcić do czytania.
A jak pan widzi samą umiejętność czytania za 20, 30 lat? Czy obraz nie wyprze słowa pisanego?
- Rzeczywiście obserwujemy odejście od kultury słowa pisanego. To widać szczególnie w szkołach podstawowych. Ale jestem przekonany, że się obronimy — nasz mózg potrzebuje czytania do prawidłowego rozwoju. Wierzę, że książka przetrwa i że wizje świata bez książek się nie spełnią. Musimy jednak zadbać o najmłodszych — już w pierwszych klasach szkoły podstawowej — rozbudzając w nich głód książki i miłość do czytania. Tego nie zrobimy na siłę.
Zostańmy przy tej optymistycznej myśli. Rozmawialiśmy o „Panu Tadeuszu”, który — uspokajamy — nie znika z lektur szkolnych.
- Nie znika, będzie w liceum.
Jest też duża otwartość, jeśli chodzi o omawianie fragmentów w podstawówce. Jak powiedziała jedna z polonistek: w podstawówce nie rozumiała tego utworu, w liceum zaczęła się z nim oswajać, na studiach poznała go głębiej, a doceniła dopiero jako dorosła osoba. Do tego potrzeba czasu. Zachęcamy do czytania. Bardzo dziękuję.
- Zdecydowanie tak.