Odłóżmy te ciupagi i pochodnie, bo jedyne co nam grozi ze strony tej służby, to najwyżej lekki uśmiech politowania. Sprawa jest grubymi nićmi szyta.
Mechanizm jest taki. Wchodzimy na grupę "mieszkańcy Brzeska" czy Myślenic, Żyrardowa czy Otwocka i widzimy post. Służba rusza do akcji, już dwie osoby dołączyły. Na zdjęciu gość w kurtce z profesjonalnym logo, a w tle jakiejś osiedle. Tylko że ta służba jest tak prawdziwa jak obietnica, że w Krakowie nigdy nie będzie korków.
Twarze na zdjęciach są podejrzanie gładkie. To czysta robota sztucznej inteligencji. Ktoś kliknął i po chwili mamy strażnika, który w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z Krakowem. Do tego ten zbieg okoliczności, że w każdym mieście dołączają dokładnie dwie osoby. To jest statystyka godna pozazdroszczenia.
Po co ktoś produkuje takich cyfrowych strażników, skoro ich nie ma w realu? Tu chodzi o to, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł, najlepiej jeszcze przed poranną kawą. Autorzy tych postów grają na naszych emocjach jak na harfie, na niechęci do donosicielstwa, na strachu przed kontrolą. Chcą wywołać burzę, zebrać tysiące wściekłych komentarzy i patrzeć jak internet płonie. Przy okazji może wyłudzą też dane od kogoś, kto chciałby do takiej służby przystąpić.
Więc jeśli zobaczymy na swojej lokalnej grupie tych panów w kurtkach, zamiast pisać elaborat o powrocie komuny, po prostu uśmiechnijmy się do ekranu. To nie są nowi lokalni "Strażnicy Teksasu". To są boty, które karmią się naszym ciśnieniem.
Morał? Zanim zaczniemy walczyć z konfidentem w sieci, sprawdźmy najpierw, czy ten gość w ogóle ma odciski palców, bo może został wygenerowany w trzy sekundy przez AI. Dystans to nasza najlepsza tarcza.