-
Aukcja pamiątek po ofiarach Holokaustu to — zdaniem eksperta — skandal etyczny, bo eksploatuje ludzkie cierpienie.
-
Handel tego typu artefaktami jest szeroki, globalny i dobrze rozwinięty, szczególnie w internecie.
-
Kolekcjonerzy kierują się niezdrową fascynacją lub patologiczną potrzebą obcowania z tragiczną historią.
-
Ogromna część pamiątek na rynku to falsyfikaty, tworzone pod popyt.
-
Ekspert uważa, że nie należy wykupywać tych przedmiotów, bo napędza to proceder — do badań wystarczają kopie.
- A
- A
- A
Lista z Auschwitz za 500 euro... Badacz Holokaustu: "To eksploatacja śmierci"
Mówiąc dosadnie: aukcje artefaktów związanych z Holokaustem to nie handel historią, lecz cudzym cierpieniem. Dlaczego te pamiątki wciąż trafiają na aukcje? Czy na pewno mówimy o oryginałach? I kim są ludzie, którzy je kupują? Na te, i wiele innych pytań, odpowiadał w Radiu Kraków dr Bartosz Kwieciński z Centrum Badań Holokaustu UJ.„Eksploatacja śmierci” — etyczny skandal, nie zwykła aukcja
Dom Aukcyjny Felzmann w Neuss miał w poniedziałek (17 listopada) rozpocząć sprzedaż prywatnej kolekcji, obejmującej dokumenty i przedmioty związane z ofiarami niemieckich zbrodni; przeciw aukcji zaprotestował m.in. Międzynarodowy Komitet Oświęcimski, a rzecznik prezydenta Karola Nawrockiego Rafał Leśkiewicz oświadczył, iż prezydent apeluje do polskiego rządu, by ten zażądał zwrotu pamiątek, a w ostateczności je wykupił. Działania domu aukcyjnego potępiła też ministra kultury Marta Cienkowska.
Aukcja ponad 600 dokumentów i przedmiotów należących do ofiar nazistowskiego terroru to — zdaniem dr. Bartosza Kwiecińskiego — nie tylko kontrowersja, lecz poważne naruszenie podstawowej etyki związanej z pamięcią o Holokauście. Ekspert podkreśla, że każdy z tych artefaktów ma indywidualną historię i powinien być traktowany z najwyższym szacunkiem. W muzeach pamięci każdy pojedynczy przedmiot jest rekonstruowany, identyfikowany i osadzany w ludzkiej opowieści. Wystawienie ich na sprzedaż oznacza — jak mówi Kwieciński — „komercyjne zgwałcenie cierpienia”.
Każda kartka papieru, każdy dokument czy fragment zabawki dziecięcej jest obudowany opowieścią, próbuje się ją zidentyfikować i nadać imię anonimowym ofiarom
- mówi dr Kwieciński.
Gość Radia Kraków zwraca uwagę, że aukcja zorganizowana w Niemczech to jedynie widoczny wierzchołek ogromnej, międzynarodowej góry lodowej. Handel listami, kartotekami, opaskami, a nawet pasiakami jest stale obecny w internecie, chociażby na amerykańskim eBayu. Setki ofert pojawiają się tam regularnie. To nie marginalny proceder, lecz stały, duży i dochodowy rynek, na którym często obraca się przedmiotami pochodzącymi od rodzin sprawców — nazistów, esesmanów, członków załóg obozów:
Kim są kolekcjonerzy? O motywacjach, które trudno zaakceptować
Dlaczego ludzie w ogóle kupują takie pamiątki? Kwieciński tłumaczy: chęć posiadania „kawałka historii”, wynikająca z niezdrowej fascynacji; patologiczna potrzeba obcowania z przedmiotami związanymi ze śmiercią i Zagładą.
Zafascynowanie bywa już bardzo patologiczne — transgresyjne kolekcjonowanie pamiątek po esesmanach, załogach obozów, a nawet decyzji egzekucyjnych
- wyjaśnia rozmówca.
Czwarty wymiar zjawiska to masowe fałszowanie „pamiątek Holokaustu”. Według ekspertów nawet 50–60 proc. przedmiotów oferowanych w handlu to falsyfikaty, specjalnie „postarzane”, tworzone w ostatnich kilku lub kilkunastu latach. Silny popyt generuje zorganizowaną produkcję kolejnych „artefaktów Zagłady”, co tworzy jeszcze bardziej zdegenerowany rynek — już nie tylko kupowania pamięci, lecz jej produkowania na potrzeby konsumpcji.
Czy kupować takie przedmioty? Ekspert: to wątpliwe etycznie
Choć pojawiają się argumenty, że państwa lub muzealne instytucje powinny „ratować” artefakty wykupując je z rynku, dr Kwieciński jest ostrożny. Podkreśla, że zakupy napędzają rynek, a do badań wystarczają kopie. Wyjątek mógłby dotyczyć pojedynczych, absolutnie unikatowych dokumentów, ale generalnie – nie należy „monetyzować śmierci”. Rynek nie zniknie, bo jest efektem ludzkich słabości, fascynacji i braków emocjonalnych, których nie naprawi ani prawo, ani interwencje.
Wystarczy mieć kopie. Nie trzeba żadnych oryginałów — inaczej tylko napędzamy ten rynek
- uważa dr Kwieciński.
Komentarze (1)
Najnowsze
-
22:07
Za dużo florystów, za mało listonoszy. Jest lista zawodów nadwyżkowych i deficytowych w Krakowie
-
22:00
"Robiąc remont, tworzymy klasyczne dzieło sztuki"
-
21:48
Zachodnia obwodnica Gorlic raz jeszcze. Będą nowe warianty trasy
-
21:27
Zastrzyk na drogi. Powiaty tarnowski i dąbrowski z dotacją na remonty
-
19:43
Dlaczego zawaliła się kamienica w Krakowie? Luki w prawie, brak pieniędzy, czekanie na "biodegradację"
-
19:09
Jest decyzja w sprawie kamienicy przy Grzegórzeckiej. "Tryb natychmiastowy"
-
18:06
Naprawdę Cię słucham. O empatii w rozmowie.
-
17:41
Kontrowersyjny dyrektor krakowskiego liceum nie wróci na stanowisko. Kto go zastąpi?
-
17:03
Maria i Jerzy Chronowscy, architekci osiedli Krakowa, bohaterami filmu dokumentalnego Instytutu Architektury
-
16:25
Dlaczego dzieci traktujemy surowiej niż dorosłych?
-
16:13
Przemysław Czarnek: "Trzeba wyjśc z ETS-u! Jakub Wiech: to oznaczałoby Polexit
-
16:07
Gigantyczna kara dla Śląska Wrocław. PZPN podjął decyzję
-
15:38
3102 cyfry po przecinku! Nowy rekord recytacji liczby Pi na Politechnice Krakowskiej
-
15:29
Przemoc, której nie widać. Dlaczego przemoc psychiczna bywa gorsza niż fizyczna?
-
15:16
Będzie trzeci pas ruchu na autostradzie A4 między Dulową a Balicami. GDDKiA ogłosiła przetarg
-
15:13
Porwali 24-latka i wozili go po Polsce. Jest akt oskarżenia wobec dwóch mężczyzn
-
14:45
Koniec utrudnień po wypadku w Bieczu
-
13:10
Komisja ds. nadużyć w Kościele. Paulina Guzik: „Papierkiem lakmusowym będzie odpowiedzialność biskupów”
-
12:10
Reforma PIP po decyzji parlamentu. Marek Benio: „To rozwiązanie raczej punktowe”